Białobrzegi
Historia wsi i szkic o Kościele Narodowym
na podstawie odręcznych szkiców Józefa Wojnara

Wstęp

Musiałem wyjechać na kilka godzin, więc zamknąłem "mały domek" – jak przyjęło się go nazywać w rodzinie – który stoi w lewobrzeżnych Białobrzegach koło Łańcuta. Parę dni wcześniej, przy kawie, pani Maria opowiadała o rękopisie Józefa Wojnara. Szkoda, mówiła, żeby taki materiał się zmarnował i zaginął w czeluściach szuflady. Oczywiście, jak to mam w zwyczaju, bez namysłu zaproponowałem, że spróbuję go rozczytać i zrobić z tego wersję elektroniczną.

Takie rozmowy zwykle kończą się obietnicami bez dalszego ciągu. Tym razem jednak było inaczej. Na ganku znalazłem szarą teczkę na dokumenty z napisem: "Rękopis Józefa Wojnara". Następnego dnia musiałem wracać do Warszawy, więc wrzuciłem teczkę do plecaka z komputerem i zabrałem się za pakowanie, zupełnie zapominając o dokumentach.

Dopiero po niemal roku, bardziej z poczucia obowiązku niż z rzeczywistej chęci, zajrzałem do teczki. Kilkadziesiąt stron kserokopii rękopisu spoglądało na mnie wyzywająco.

Jak zawsze z tego typu pracą, początki bywają ciężkie. Rozczytanie odręcznego pisma nie jest proste nawet z pomocą AI, a do tego powstaje mnóstwo "dziur", przekręceń i braków.

Postanowiłem pracować etapami, po kawałku. Już po dwóch miesiącach powstała w miarę jednolita wersja. Daleko jej do perfekcji – i to nie tylko z mojej winy. Jak sami się przekonacie, brakuje dokumentów, potwierdzeń, świadków.

W tym miejscu zwracam się do Ciebie, Czytelniku. Jeśli masz wiedzę o nieścisłościach w tym tekście, o przekręconych imionach czy nazwiskach, albo chciałbyś dopisać własną wersję – zapraszam do kontaktu.

Robert Węgrzyn, Warszawa 10.07.2026
Kontakt: rwegrzyn@gmail.com (tytuł "Białobrzegi", ułatwi odnalezienie korespondencji)



List

Długo się zastanawiałem czy publikować ten list, ale doszedłem do wniosku, że bez jego treści, dalsze opracowania będą tylko suchą informacją.

Marysiu

przesyłam krótką informację o płk Józefie Wojnarze. To żołnierz – oficer starego formatu. Dobrze, że się Jego osobowością interesujesz.

Wg mnie zasięgnąć nie mogłem dalszych wyjaśnień: Moja ciocia Halina Mac mówiła, że w czasie okupacji Józek Wojnar musiał pójść w niewolę i uczył się [tam] języka niemieckiego. Ja byłem świadkiem, jak w czasie okupacji hitlerowskiej czytał gazetę niemiecką i tłumaczył na język polski chłopcom w sklepie w Białobrzegach. Znałem Go osobiście, bo ożenił się w Łodzi z moją sąsiadką – Zosią, dziewczyną [co] sprzedawała w sklepie towary w Białobrzegach.

Życie Józefa Wojnara młodego, w skrócie: Rozmawiałem z Nim. Mówił mi, że teraz Józef Wojnar jest autorem tajnego szyfru (w [wojsku] to jego [dzieło/tekst]). Nie wiem, czy to nie jest tajemnicą wojskową.

Zapraszam Marysię do Łańcuta i porozmawiamy osobiście. Informację przesyłam.

Józef Lorenc
zał. 1

płk Józef Wojnar ur. się 21.04.1920 r. w Białobrzegach, pow. łańcucki. Syn Andrzeja i Marii Kandel. Po ukończeniu Szkoły Powszechnej w Białobrzegach, kontynuował siódmą klasę w szkole w Łańcucie. Żołnierz 39 pułku piechoty 24 dywizji Armii Krajowej, rzeszowskiego zgrupowania AK. Z końcem września 1944 r. zostaje aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa. Przebywa w śledztwie w Łańcucie i Rzeszowie. W dniu 6 listopada 1944 r. zgłosił się jako ochotnik do punktu werbunkowego zorganizowanego w Rzeszowie 10 dywizji piechoty. Jako żołnierz II Armii WP brał udział w walkach w Łużycach, w ramach tak zwanej Operacji Berlińskiej. Po wojnie pozostał w zawodowej służbie wojskowej i pracował w różnych jednostkach wojskowych od dowódcy plutonu aż do stanowiska szefa sztabu dywizji pancernej. Po ukończeniu wyższych studiów w Politechnice Wrocławskiej i kursie podyplomowym w Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie, wyniósł [stamtąd] kwalifikacje projektanta systemów informatycznych w dziedzinie dowodzenia i łączności. W latach 1969 do 1986 kierował zespołem informatyków. Po 46 latach służby wojskowej przeszedł na emeryturę. W wojsku pracował nad komputeryzacją systemów zarządzania wojska w sztabach, pracownik naukowy Instytutu Ekonomiki Wojskowej. Zmarł 11 stycznia 2017 roku.


Szkice do dziejów wsi Białobrzegi (transkrypcja rękopisu, 2003 r.)

Wprowadzenie

Białobrzegi – wieś położona nad Wisłokiem w powiecie łańcuckim, obecnie siedziba gminy o tej samej nazwie – obejmującej obszar 5613 hektarów z wsiami Dębina, Wola Dalsza, Korniaktów i Budami Łańcuckimi – ma skomplikowane, trudne i pełne niejasności dzieje.

Sama wieś Białobrzegi, położona w odległości dziewięciu kilometrów na północny-wschód od Łańcuta, rozpościera się po obu brzegach Wisłoka na powierzchni 1548 hektarów i obecnie liczy ponad 500 zagród i domów oraz ponad 2000 mieszkańców. Rok założenia wsi nie jest dotychczas znany. Brak dokumentu o lokacji nie pozwala ustalić, kto był starościcem wsi i kiedy to nastąpiło. W różnych publikacjach, wydanych w ostatnich latach, pojawiły się informacje o założycielach wsi, zwykle nieudokumentowane, a nawet sprzeczne.

W opracowanym przez Józefa Rzepkę szkicu historycznym „Skąd nasz ród" znajdujemy informację, że starościcem wsi Białe Brzegi był Jan Głuchowski herbu Leliwa. To samo stwierdził Jerzy Żuba w wydanym przez siebie przewodniku turystycznym „O gminie Białobrzegi".

W wydanym „Przewodniku po Ziemi Łańcuckiej" podano, że wieś Białobrzegi założył w połowie XIV wieku Jan Pakosławic ze Stróżysk, związany z historią Rzeszowa. Miał on być właścicielem założonej przez siebie wsi do czasu bliżej nieokreślonego, kiedy wieś znalazła się w posiadaniu rodu Pileckich, właścicieli Łańcuta.

Istnieje też wersja, że nazwa Białobrzegi pochodzi od nazwiska starościca, którym miał być niejaki Białobrzeski – głowa rodu Białobrzeskich.

Wszystkie trzy wersje się sprzeczają. Można przyjąć z pewnym prawdopodobieństwem, że tylko jedna z nich może być prawdziwa.

I za taką należałoby przyjąć informację podaną przez Józefa Rzepkę i Jerzego Żubę, że u początku założenia wsi Białobrzegi występuje niejaki Głuchowski vel Gołuchowski herbu Leliwa. Brak jakiegokolwiek dokumentu o lokacji wsi nie pozwala określić dokładnie roli, jaką ów Gołuchowski spełnił przy narodzinach Białobrzegów, ale istnieje łaciński dokument z roku 1384 o donacji Pileckich nowo powstałej parafii w Nowosielcach, poświadczony przez świadków, wśród których figuruje niejaki Paulus de Głuchów. Ów Paweł z Głuchowa to prawdopodobnie wójt wsi Głuchów pod Łańcutem, założonej po 1349 roku przez Ottona z Pilczy herbu Topór – starostę i wojewodę sandomierskiego, od roku 1346 generalnego starostę ziem ruskich.

Powstaje dylemat: czy z początkiem Białobrzegów wiązać postać Jana Głuchowskiego herbu Leliwa, czy domniemanego wójta Pawła z Głuchowa. Trudność wynika stąd, że Głuchów – wieś założona przez pierwszego właściciela Łańcuta Ottona z Pilczy Pileckiego herbu Topór – była na początku obszerną włością, rozciągającą się od skraju Pogórza Karpackiego na południu, aż po skraj Puszczy Sandomierskiej za Wisłokiem (Białą Wodą), gdzie obecnie leży lewobrzeżna część wsi. Tym rozległym obszarem szeroka, zabagniona i pełna starorzeczy dolina Wisłoka nie nadawała się do osadnictwa. Jedynie wyżyna na Pogórzu i nieznaczne nadbrzeżne tereny nieskrajające puszczańskich borów za Wisłokiem, zwanym wtedy Białą Wodą, nadawały się do osiedlania. Tereny wolne od zadrzewień, porozrzucane na obszarach, puste nie były na przełomie wieków XIV, XV zajmowane pod osadnictwo rolnicze. Bagienne pustkowie pokrywające tę krainę: kurzynowskie, sonieńskie, narowickie, niebylickie i sandomierskie były wtedy obszarami chronionymi przed wyrębem drzewostanów pod zakładane pola uprawne. Dostarczały miodu, wosku, cennych skórek kun, soboli, wiewiórek, popielic i innych. Były zastrzeżone dla królewskich łowów na grubego zwierza. Budowano w puszczach myśliwskie dworzyszcza i troszczono się o osadzanie przy nich czeladzi, gotowej do obsługiwania towarzyszących królewskich łowów w knieji. Tak powstawały puszczańskie osady myśliwskie.

Wolni bartodzieje, zbierający miody dzikich pszczół gnieżdżących się w rozłupanych olbrzymich drzewach puszczy, byli obowiązani oddawać swoim panom daniny w miodzie i wosku.

Dworzyszcza myśliwskie były – w zależności od upodobań pomysłodawcy – wyposażone w oręż, w zapasową odzież myśliwską, rzędy końskie, w potrzebny zapas żywności i napojów. Przy dworzyszczach utrzymywano konie, psy przyuczone do tropienia zwierza oraz sokoły do polowań. Zatrudniano przy tym liczną służbę pełniącą różne funkcje, w tym także osadników.

Nad włodarzem zarządzającym dworzyszczem, którym był zwyczajowo rycerz świecki, spoczywał obowiązek pilnowania boru przed karczowaniem zwierzyny i przed niedozwolonym wycinaniem drzew. Ciekawostką jest, że wtedy obowiązywał zakaz wycinania w puszczańskich lasach drzew ciernistych (cis) – zakaz ponawiany przez kolejnych królów. Bo drzewo ciernia dostarczało materiału na łuki, kusze i drzewca oszczepów. Pierwsza wieś Głuchów powstała nie później niż do roku 1344 – jako ruskie pogranicze, prawie bezludne. Na obszarze wyżynnym zaludnienie, przed lokacją nowych wsi, nie sięgało zresztą jednej osady na kilometr kwadratowy. Ci mieszkańcy byli Rusinami – wyznawcami prawosławia. W dolinie rzeki Białej Wody – Wisłoka – zaludnienie było czterokrotnie mniejsze. Według źródeł Otto Pilecki z Pilczy herbu Topór założył w swoich włościach do roku 1380 wsie: Wolę Jordanową, Wolę Świętosławową, Krzemienicę, Albigową, Głuchów, Handzlówkę, Kosinę, Krzeszkową i Markową. Zauważmy, że prawie wszystkie te wsie leżą na wzniesieniach Pogórza Karpackiego. Właśnie na tym obszarze, bogatym w żyzne, lessowe gleby, osadzano chłopów, aby rozwinąć produkcję zbóż. Był to okres, kiedy wywóz zboża na Zachód przynosił znakomite dochody feudalnym panom. Osadzani na siedliskach chłopi zostali oczynszowani. Czynsze składali panu przeważnie w naturze.

Na skolonizowanym obszarze gęstość zaludnienia wzrasta do siedmiu–ośmiu mieszkańców na kilometr kwadratowy, co stwierdzają zapisy chrzestne w aktach kościelnych. Ale nadal pozostawały spore tereny zdatne do zasiedlenia, i procesy kolonizacyjne w ziemi przemyskiej nadal były kontynuowane. Jednakowoż za czasów władania Łańcutem i otaczającymi go ziemiami przez Ottona Pileckiego z Pilczy herbu Topór, to jest do roku 1384, nie zaludniono ani jednej wsi po tej stronie Białej Rzeki (Wisłoka).

Zmarły wielmoża Otto Pilecki z Pilczy herbu Topór pozostawił w spadku cały ogromny majątek jedynej córce Elżbiecie, która dwukrotnie owdowiawszy, wyszła ponownie – już po raz trzeci – za mąż za możnego szlachcica Wincentego Granowskiego z Granowa herbu Leliwa. Łańcut otrzymał nowego pana.

W roku 1390, a więc w cztery lata po śmierci Ottona Pileckiego, wpisano do rejestru dóbr łańcuckich, po raz pierwszy, wzmiankę o osadzie „Byalobrzegy districtus Lanciciensis". Ale z całą pewnością nie było to jeszcze wieś feudalna. Można znaleźć serię argumentów przemawiających za tym, że było to jeszcze dworzyszcze myśliwskie – umieszczone na północnym krańcu włości Głuchów. Jeszcze sto lat później, w r. 1487, inwentarz dóbr łańcuckich, wyliczający istniejące wsie: Krzemienica, Albigowa, Handzlówka, Kraczkowa, Markowa, Tarnawa, Sonina, Wola Świętosławowa (Dalsza) i Wola Jordanowa (Bliska), wzmianki o Białobrzegach – podobnie jak o Dębinie i Smolarzynach – nie zawiera.

Dopiero w XVI wieku Białobrzegi występują jako wieś, ale nigdy samodzielnie – zawsze razem z Głuchowem i Soniną, z którymi tworzą włość wymienianą w aktach grodzkich przemyskich jako Głuchów z Soniną i Białobrzegami.

Budowę dworzyszcza myśliwskiego, przy którym powstała z czasem osada dająca początek wsi, zapewne ukończono wraz z zamkiem na górze w Łańcucie, wzniesionym przez Ottona Pileckiego z Pilczy herbu Topór – starostę i wojewodę sandomierskiego, generalnego starostę ziem ruskich – na siedzibę rodu. Otto z Pilczy był namiętnym myśliwym – jak wszyscy wielmoże epoki. W swej łańcuckiej siedzibie gościł Władysława Opolczyka – wojewodę ruskiego, namiestnika królewskiego na Rusi, i innych znamienitych panów małopolskich – zasłużonych w wyprawach wojennych na Ruś i kolonizacji nowoprzyłączonych do Polski ziem na prawie niemieckim, wsie Sonina i Głuchów. Włość Głuchów, która nazwę wywodzi zapewne od nazwiska założyciela, obejmowała obszar sięgający od wzniesień Pogórza Karpackiego na południu aż po kraniec Puszczy Sandomierskiej za Wisłokiem. Tam właśnie miała powstać wieś Białobrzegi. Ale zakładanie osad i wsi w obrębie puszczy sandomierskiej nastąpiło znacznie później. Czy stwierdzony rycerz Otto Pilecki herbu Topór, [względnie] Gołuchowski – włodarz włości Głuchów – wówczas [tego dokonał], nie można ustalić. Powstało tam dworzyszcze myśliwskie, zbudowane na skraju puszczańskich borów, zapewne dla potrzeb królewskich łowów, przez Ottona Pileckiego herbu Topór, generalnego starostę ziem ruskich. Zarówno wieś Głuchów, jak i dworzyszcze Białe Brzegi z pierwotną osadą, były własnością Ottona Pileckiego herbu Topór i jego córki Anny, osiadłych w nowej siedzibie rodu, w założonym w 1349 roku Łańcucie. Rycerz Gołuchowski czy Głuchowski herbu Leliwa był może dzierżawcą włości Głuchów z Soniną. Godne uwagi jest, że od połowy XVI wieku, kiedy już istniała feudalna wieś Białobrzegi, zapisy w aktach grodzkich przemyskich wymieniają jej nazwę zawsze w związku z Głuchowem, o czym już wyżej wspomniano. Wielokrotnie powtarza się nazwa włości: „Głuchów z Soniną i Białobrzegami".

Zarys początków wsi Białobrzegi

Obszar, na którym miała powstać wieś Białobrzegi, był w XIII stuleciu pograniczem dwóch odmiennych organizmów państwowych, które oddzielała granica biegnąca – jak to wykazują mapy historyczne – skrajem Puszczy Sandomierskiej. Rzeka Biała Woda – Wisłok – płynęła w tym miejscu przez tereny Rusi. Ruś Halicko-Włodzimierska – to nie tylko odgraniczone od piastowskiej Polski sąsiednie państwo, ale również obszar zasięgu wschodniej, bizantyjskiej kultury, przyjętej przez Rusinów wyznających prawosławie. W ustroju kraj ten był niepokojony przez Złotą Ordę, przez władców Węgier rozszerzających roszczenia do ziem Podola, a także od strony Litwy, dążącej do zaboru ziem wołyńskich wielkoksiążęcej i samowoli. Brak porozumienia władzy ruskich bojarów groził rozkładem państwa.

W tej sytuacji bojarzy sprosili w r. 1323 na tron halicki, którego matką była Eufemia z rodu Piastów mazowieckich, spełniając warunek postawiony w umowie z bojarami, Bolesław Trojdenowicz przyjął prawosławie i – jako Jerzy II – otrzymał mitrę wielkoksiążęcą, zasiadając na stolcu w Haliczu.

Jerzy II sprawował swoje wielkoksiążęce rządy energicznie. Dążąc do wzmocnienia władzy i zapewnienia bezpieczeństwa państwu, konsekwentnie realizował cele polityczne nie całkiem zgodne z oczekiwaniami możnych bojarów, co przyczyniło się do wzrostu niezadowolenia i sprzeciwu. W księstwie narastała atmosfera buntu. Czując się niepewnie na swoim wielkoksiążęcym stolcu w Haliczu, Jerzy II zwrócił się w 1338 r. do spokrewnionego z nim Kazimierza Wielkiego o wsparcie. W tych okolicznościach spisano umowę, na mocy której Kazimierz Wielki zobowiązał się udzielić Jerzemu II wydatnej pomocy w jego trudnej sytuacji, w zamian za co bezdzietny Jerzy II uczynił Kazimierza swoim spadkobiercą. Spadek obejmował wszystkie ziemie księstwa.

Przeciwko tej umowie bojarzy podnieśli bunt, którego – mimo wsparcia ze strony Kazimierza Wielkiego – Jerzy II pokonać nie zdołał. Nie zdołał przywrócić zbuntowanych bojarów do porządku; w końcu został podstępnie otruty w kwietniu 1340 r.

Kazimierz Wielki, uważnie śledzący rozwój wypadków na Rusi, na wieść o śmierci Jerzego II wyprawił się zbrojnie na Ruś, aby objąć ją w posiadanie. Ale spiskujący bojarzy, którym przewodził Dymitr Detko, zdołali już zaprosić na stolec mścisławskiego Lubarta Giedyminowicza i zorganizować wystąpienie przeciw Kazimierzowi.

Król – nie mając dostatecznych sił do otwartej rozprawy z przeciwnikiem i trafnie oceniając sytuację – wycofał się z Rusi, z zamiarem przygotowania wyprawy, aby siłą wymusić oddanie panowania nad ziemiami przez zbuntowane bojarstwo ziem księstwa, którym czuł się prawowitym władcą z mocy umowy traktatowej z 1338 r.

Zamierzoną wyprawę Kazimierza Wielkiego na Ruś popierali małopolscy panowie i patrycjat krakowski. Byli oni zainteresowani opanowaniem prastarych dróg handlowych, prowadzących z Zachodu przez piastowskie ziemie i Ruś Halicko-Włodzimierską do genueńskich kolonii nad brzegami Morza Czarnego, i w ten sposób umocnieniem swoich wpływów na Rusi.

[ definitywnie tu czegoś brakuje ]

...nierównomiernie rozmieszczonym zaludnieniu. Na południu obszary myśliwskie skraju Pogórza Karpackiego – bogate w urodzajne gleby lessowe – o ludności rolniczej, z rozmieszczonymi rozproszonymi osadami, utrzymującej się z uprawy zbóż i hodowli zwierząt, były otwarte dla osadnictwa.

Na północy, cała obszerna dolina rzeki Białej Wody – aż po obrzeże Puszczy Sandomierskiej – była terenem dzikim i prawie bezludnym. Otto Pilecki dobrze jednak wiedział, jak poprowadzić osadnictwo w swoich włościach. Na południowe tereny sprowadzał przybywających z Zachodu chłopów; w swoim nowo założonym mieście osadzał kupców i rzemieślników, a na terenach doliny Białej Wody – myśliwych, rybaków i wyrobników, zajętych pozyskiwaniem różnorodnych dóbr z puszczy. W myśl tych zasad Otto Pilecki dokonał do roku 1380 lokacji wsi o charakterze rolniczym: Krzemienica, Albigowa, Głuchów, Handzlówka, Kosina, Krzeszkowa i Markowa.

W pobliżu zamku lokowano wieś Wolę Jordanową, a po drugiej stronie rzeki Białej Wody – wieś Wolę Świętosławową, w której osiedlono myśliwych i rybaków. Była to wieś służebna, której mieszkańcy mieli dostarczać dworowi Pileckich mięsa, ryb i skór. Dolina Białej Wody była wtedy przebogatym siedliskiem wydr, żmij i bobrów, a stare puszcze obfitowały w gniazda niedźwiedzi i sokołów. Skórki tych zwierząt były wówczas bardzo cenionymi przedmiotami handlu. Spełniały nawet rolę pieniądza.

Zapewne wtedy, na północnym skraju rozległej włości Głuchów, zbudowano wielkopańskie dworzyszcze myśliwskie, od nazwy rzeki biorące swą nazwę: Białe Brzegi, na skraju puszczy. Wybrano tu piaszczysty pagórek, od północy i zachodu otoczony bagnami i zalanymi wodą grzęzawiskami, a od południa opływany nurtem głębokiej rzeki – co ułatwiało obwarowanie drewniano-ziemnymi umocnieniami. Latem dostęp do tego miejsca był możliwy jedynie od wschodniej strony, przez wzniesiony pagórek będący występem puszczańskiego boru.

Obsada dworzyszcza była zawsze gotowa do posługiwania rycerskim potrzebom myśliwych w knieji, podczas częstych, niearystokratycznych łowów na grubego zwierza i na łowach z sokołem. Bez wątpienia Otto Pilecki dokładał starań, aby dworzyszcze było gotowe i godne jego magnackiej pozycji w województwie ruskim. Gościł tu na łowach w 1376 r. Władysława Opolczyka, wojewodę i królewskiego namiestnika Rusi, o czym ze źródeł wiadomo. W niedługim czasie powstała wokół dworzyszcza osada, której mieszkańcy wchodzili w kontakty z pobliskimi siedzibami żyjących tam prawosławnych Rusinów. A takie siedziby, nieodległe od puszczy sandomierskiej w ziemi przemyskiej, istniały. Jedną z nich była zasiedlona przez potomków rodu, prawdopodobnie wywodzącego swój początek od niejakiego Mykoty, osada, która rozwinęła się później we wsi Mikulice, wcielone w XVI wieku przez Konstantego Korniakta do nowo założonej wsi, która nazwę nosi do dziś jako przysiółek Korniaktów Północny. Owa puszczańska osada Rusinów z rodu Mykoty jest wielką atrakcją historyczną, rzucającą światło na stan materialnej kultury ludności pogranicza Rusi Halickiej przed rokiem 1344. Żyjący w owych rozproszonych na obrzeżach puszczy sandomierskiej myśliwi, bartodzieje, bobrownicy, kołodzieje i inni mieszkańcy, oprócz przedmiotów na własne potrzeby, wyrabiali artykuły na sprzedaż – wykorzystując obfitość materiału drzewnego i energię wodną. Jako poddani ruskich bojarów byli zobowiązani do składania danin w miodzie, skórkach kun, soboli i wydr oraz innych produktów. Uprawiali motykami niewielkie poletka niedaleko od gruntu, hodowali podołkowate świnie i inne zwierzęta domowe. Łączyli się w grupy przy wykonywaniu prac wymagających zbiorowego wysiłku. Po wiekach nie ma już wytwórców posługujących się narzędziami i metodami pracy, jakich używano w XIV w. Ale w przysiółku Mikulice istniały jeszcze do połowy XX wieku relikty czternastowiecznej działalności wytwórczej dawnej kultury materialnej. Kiedy Ruś Halicka znalazła się w granicach dynastycznego państwa polskiego, osada Mikulice słynęła z budowy wozów o kołach „bosych" bez żelaznych obręczy, z tłoczenia olejów, wyrobu miodów i wytłaczania wosku.

Wyrób wozów o drewnianych osiach i „bosych" kołach ilustruje rysunek. Koła – całkowicie drewniane, bez żelaznych obręczy – wykonywano z trzech gatunków drewna, przy pomocy prostych urządzeń. Takie koło sporządzano z trzech części: piastę nasyconą „tłok" z drewna wiązu, którego odmianę nazywano „brzostem", dostarczającym niezwykle wytrzymałego, twardego i niepękającego materiału. To drewno, nasycone na gorąco masą otrzymywaną z wygotowanego smolika z łykiem, było odporne na ścieranie i doskonale pracowało na drewnianej osi. Było też odporne na oddziaływanie wody. Szprychy wyrabiano z rdzenia dębu, a tak zwaną „tobodę", czyli główną część koła, kręcono z gałęzi jodły. Materiałem na „tobody" były świerki lub gałęzie starych jodeł o równej grubości. Rozgrzany, kolisty kształt „tobody" pokazano w epoce przedstawionej na rysunku. Uwarunkowaniem do gięcia gałęzi był pień uschniętego, twardego, zakorzenionego w ziemi dębu lub buku o pożądanej średnicy. Pień, dokładnie obrobiony, miał nacięte na obwodzie rowki. W każdym z nich wywiercono otwór sięgający głęboko w pień.

Wyrób koła bez żelaznej obręczy ("tobody")

Aby uzyskać dokładnie wykonaną „tobodę", należało szybko, żywą gałąź jodłową, wstępnie wyprażyć w rozpalonym popiele wydrążonego ogniska – pilnując, aby była równomiernie wygrzana na całej długości. Tak przygotowaną gałąź wtykano jednym końcem tuż przy pniu drzewa i – używając siły ludzkich mięśni – okręcano naokoło pnia. Rowek na obwodzie był modelunkiem, dzięki któremu otrzymywano pożądany, równy kształt koła. Po wykręceniu „tobody" można było ściśle dopasować stykające się z sobą na obwodzie pnia końce gałęzi i pozostawiano na czas potrzebny do wstępnego wysuszenia, w celu utrwalenia kształtu koła. Gotową „tobodę" opalano, obrabiano pod stwierdzoną w „tobodzie" końce krążków tworzących w kręgu piastę, ściskano mocno i opasywano ją żelazną obręczą. Koła, które były gotowe, tworzą o takich kołach – były lekkie i przydatniejsze do poruszania się po bezdrożach, w odróżnieniu od pozostających jeszcze wtedy w użyciu ciężkich wozów o kołach okutych żelaznymi obręczami.

Jeszcze do połowy XX wieku koła o tych „tobodach" spotykało się przy kołach jednoskibowych pługów o konnym zaprzęgu, używanych w gospodarstwach chłopskich. Dzisiaj można je oglądać tylko w niektórych skansenach. Do drugiej wojny światowej technikę wyrobu giętych „tobod" jeszcze znali mieszkańcy wsi Opaleniska.

W Mikulicach tłoczono również oleje z bukowych orzeszków, nazywanych „bukwą", oraz z siemienia roślin włóknistych – lnu i konopi – uprawianych na Rusi obok pszenicy, żyta, owsa i jęczmienia – podobnie jak na polskich ziemiach od niepamiętnych czasów. Owsiane olejarnie były wyposażone w stępy, służące do rozdrabniania ziarna na mąkę, w palenisko zwane panwią, na którym prażono skruszoną mąkę dla wytopienia oleju, i w tarany do tłoczenia. Prace przy stępie i przy tłoczeniu oleju w taranie przedstawia rysunek. Urządzenia te z czasem trochę udoskonalono, ale technologia otrzymywania oleju przetrwała w swoich zasadniczych fazach przez całe wieki. Jeszcze w trzydziestych latach XX wieku istniała w Mikulicach w Korniaktowie – jak się wtedy mówiło – powolna olejarnia Tomasza Dryka. Wyrabiano w niej olej tak, jak przed wiekami.

Tłoczenie oleju w dawnej olejarni

Urządzeniem prawdziwej olejarni do tłoczenia oleju była prosta konstrukcja, osadzona głęboko w ziemi na pionowo wkopanym grubym pniu twardego drzewa, w którym wyżłobiono poziomo wyciosany otwór, sięgający mniej więcej do połowy grubości pnia, o średnicy półtorej do dwóch piędzi, od którego wychodziła drewniana rynienka z dzikiego bzu. W otwór wchodził – jak to pokazano na rysunku – dobrze dopasowany stępel z twardego drewna, spełniający rolę tłoczyska. Naprzeciwko drugiego końca stępla była zawieszona wahadłowo ciężka kłoda – również z twardego drewna, wykorzystywana jako taran. Tłoczenie wymagało ciężkiej pracy ludzi, którzy wykonywali następujące czynności: jeden – pracujący przy stępie – przygotowywał mąkę; drugi prażył mąkę na panwi. Ten posiadał praktyczne wyczucie, jak ma być podgrzewana mąka, aby otrzymać maksymalną ilość dobrego oleju (w ruskim języku „masło", bo „masło" to olej) – który nie mógł być przypalony. Od niego zależała ilość i jakość oleju. Trzeci pracownik przygotowywał wsad i pomagał tłoczarzowi. Podgrzaną mąkę zawijano w tak zwane „praty" – kawałki tkaniny z końskiego włosia, upychano w cylindrycznym otworze przy pniu i wtłaczano trociczki szczelnie zamykające otwór. Po tych czynnościach przygotowawczych wprawiano taran w ruch wahadłowy, pod którego uderzeniami z tłoczyska wyciskany był z wsadu olej – aż do końca.

Kiedy już tłoczenie oleju ustało, wyciągano pozostałości z cylindrycznego otworu i rozpakowywano z prat. To, co pozostało, miało kształt okrągłego twardego placka. Był to makuch, bardzo przydatny jako dodatek do pasz, ale w latach głodu służył również jako pożywienie dla ludzi. Przed drugą wojną światową podobne olejarnie, choć znacznie udoskonalone, były już rzadkością. Stępy zamieniono mechanicznymi urządzeniami do przerabiania surowca na mąkę, a urządzenie z taranem zamieniono na prasy.

Nieliczni mieszkańcy byłego pogranicza dzisiaj leżące nad Wisłokiem wsi: Białobrzegi, Korniaktów i Budy Łańcuckie – prawobrzeżni Rusini – byli związani z Gnojnicą – osadą przy ujściu Wisłoka (Białej Wody) do Sanu. Istniała tam cerkiew, roztaczająca nad nimi duszpasterską pieczę. Mieszkańcy osad takich jak Mikulice zbywali w Gnojnicy swoje wyroby – skupowane tam przez Żydów posiadających w Jarosławiu kupiectwo handlowe – związaną z żydowską kolonią w Przemyślu, istniejącą tam od XII wieku.

Napływ osadników z Zachodu ożywił rozwój ziem ruskich i zapoczątkował proces krzyżowania się obyczajów, wzajemnego przenikania i wzbogacenia się ludności odmiennych kultur i religii.

W roku 1370 zmarł w następstwie ciężkich obrażeń odniesionych na łowach Kazimierz Wielki; wraz z jego zgonem wygasła królewska dynastia Piastów. Otto Pilecki z Pilczy, generalny starosta ziem ruskich, jeden z najmożniejszych wielmożów królestwa – pan na Łańcucie – przeżył swojego króla o kilkanaście lat. W 1349 r. uzyskał dla Łańcuta lokację miasta na prawie magdeburskim. Powiększył magnacką siedzibę i rozwijające się miasto, gromadząc dobra dzięki wymianie handlowej na prastarym szlaku kupieckim, obwarowane drewniano-ziemnymi umocnieniami. W mieście ufundował wraz z żoną kościół parafialny i osadził konwent dominikanów, którzy tu wznieśli swój klasztor z kościołem. Dominikanie – zakon kaznodziejski, założony przez świętego Dominika w XII wieku w Hiszpanii – licznie przybywali do Polski, upoważnieni wolą papieża Grzegorza XI, który bullą z 20 stycznia 1378 r. powierzył temu zakonowi misję na schizmatyckiej Rusi. Ich klasztory pokryły gęstą siecią całe województwo ruskie.

Polska Piastów wytworzyła elementy i zbudowała zręby nowoczesnego państwa – państwa o bogatym, zróżnicowanym profilu społeczno-gospodarczym, łączącego rozwiązania stosowane w centrach ówczesnej Europy. Temu należy zawdzięczać powodzenie w opanowaniu i zintegrowaniu ziem ruskich z dziedzicznymi dzielnicami Piastów.

Rozwój łańcuckiej włości nie ustał wraz ze śmiercią Ottona Pileckiego. Trwała nadal akcja osadnicza. Łańcut zasłynął jako prężny ośrodek tkactwa, kuśnierstwa i rymarstwa. Tutejsze wyroby, wraz ze wzrostem produkcji, zwiększały zapotrzebowanie na wełnę, skóry i włókna lniane, co pobudziło wzrost upraw i hodowli zwierząt – przede wszystkim owiec – w okolicznych włościach. To przyciągało osadników, napływających ze Śląska, z ziemi krakowskiej i Mazowsza. Zjawisko nazywane kolonizacją wewnętrzną, będące przemieszczaniem się ludności pomiędzy dzielnicami kraju, odegrało również pewną rolę w zasiedleniu ziem łańcuckiej włości.

W tym okresie intensywnie rozwijała się włość Głuchów. Powstawały przyczółki w dolinie Wisłoka, gdzie były jeszcze spore, niezamieszkane tereny obfitujące w trawy – sprzyjające hodowli owiec. Tkackie warsztaty Łańcuta przyczyniły się do zagospodarowania pustek w dolinie Wisłoka. W ten sposób powstawały osady i rozrastały się wsie nad Wisłokiem. Przyczółki z czasem łączyły się w sąsiadujące ze sobą osady i wsie. W sposób nie do końca ustalony, w taki właśnie sposób Białobrzegi rozwinęły się z osady przydrożnej w głuchowskiej włości na lewobrzeżnym terenie Wisłoka, we wieś – przez połączenie przyczółków powstałych na lewym brzegu tej rzeki. Relikty tego procesu przetrwały wieki.

Tak więc powstały Białobrzegi, skupiające wokół pierwotnego dworzyszcza myśliwskiego Białe Brzegi powstające po obu stronach Wisłoka przysiółki. Ten proces został zapewne zapoczątkowany wkrótce po założeniu samego dworzyszcza z osadą. Natomiast scalenie osady z przysiółkami nastąpiło bez wątpienia wiele lat, czy nawet dziesięcioleci później. I ten fakt należałoby przyjąć za założenie wsi, która weszła odtąd w skład włości notowanej w aktach jako Głuchów z Soniną i Białobrzegami. Jest prawdopodobne, że wieś podporządkowano władzy dotychczasowego włodarza owej osady z dworzyszczem „Białe Brzegi" i nadano jej prawo niemieckie, na wzór wsi dotychczas lokowanych w łańcuckich dobrach. Ów włodarz był zapewne stwierdzonym rycerzem władców Łańcuta – Pileckich. Być może był potomkiem owego Pawła z Głuchowa – domniemanego wójta wsi Głuchów, założonej po 1349 roku, o którym jest wzmianka w dokumencie donacyjnym z roku 1384 na rzecz nowo założonej parafii w Nowosielcach. Może był to właśnie ów Jan Głuchowski herbu Leliwa, którego uważa się za założyciela Białobrzegów i pierwszego właściciela tej wsi. Jeśli był on upoważniony przez panów łańcuckiej włości do scalenia osady z dworzyszczem Białe Brzegi z przysiółkami w jedną, zorganizowaną i przeniesioną na niemieckie prawo wieś, to nie znaczy, że został jej pierwszym właścicielem. Wieś Białobrzegi, wchodząca w skład włości Głuchów z Soniną, pozostawała nadal własnością Pileckich. Jan Głuchowski herbu Leliwa mógł być jedynie jej dzierżawcą.

Olbrzymi magnacki majątek zgromadzony przez Ottona Pileckiego z Pilczy herbu Topór, administrowany po jego śmierci przez wdowę Jadwigę, przypadł w spadku jedynej córce zmarłego, Elżbiecie Pileckiej. Dwukrotnie owdowiawszy, po raz trzeci wyszła za mąż za możnego szlachcica Wincentego Granowskiego herbu Leliwa. Z tego małżeństwa urodził się syn Jan Granowski – przyszły dziedzic dóbr łańcuckich.

W dwa lata po śmierci Ottona z Pilczy herbu Topór, Łańcut przeżywał dni splendoru, jaki w lutym 1386 r. spłynął na magnackie gniazdo Pileckich. Jadwiga Pilecka – wdowa po Ottonie – wystąpiła jako matka chrzestna Jagiełły, wraz z Władysławem Opolczykiem – wojewodą ruskim i królewskim namiestnikiem – jako ojcem chrzestnym. W marcu tego samego roku Jagiełło, który na chrzcie świętym przyjął imię Władysław, poślubił Jadwigę. W uroczystościach ślubnych i koronacji obojga władców chrzestni Jagiełły: Jadwiga Pilecka i Władysław Opolczyk, towarzyszyli królewskiej parze.

Ale na tym nie ustały związki Łańcuta z królewskim dworem. Królowa Jadwiga zmarła po porodzie 17 lipca 1399 roku. W rok po tym Jagiełło zawarł związek małżeński z Anną Cylejską. Owa druga żona Jagiełły zmarła wkrótce po zwycięstwie grunwaldzkim. Jagiełło w tych latach niejednokrotnie bawił w Łańcucie, na dworze swej chrzestnej matki, Jadwigi Pileckiej. Tu spotykał się z Witoldem w 1409 r., w okresie przygotowań do orężnej rozprawy z Zakonem Krzyżackim. W następstwie tych królewskich odwiedzin, Elżbieta Granowska – córka Ottona i Jadwigi Pileckiej, która w międzyczasie została wdową po Wincentym Granowskim z Granowa herbu Leliwa – przyjęła w Łańcucie królewskie oświadczyny, co miało miejsce w roku 1417, po czym odbyły się huczne zaręczyny, a po nich ślub w Sanoku.

Małżeństwo najbogatszej dziedziczki w państwie z królem, ale przecież poddanej, wzburzyło wszystkich dostojników – duchownych i świeckich. I kiedy w trzy lata później Elżbieta zmarła, powszechnie zapomniano o dawnej niechęci. Szemrano nawet nieco podczas jej pogrzebu.

Elżbieta – już jako żona Jagiełły i królowa – przekazała przed śmiercią cały swój olbrzymi majątek synowi ze swojego trzeciego małżeństwa z Wincentym Granowskim herbu Leliwa – Janowi. W ten sposób Łańcut, wraz ze wszystkimi dobrami Pileckich, otrzymał nowego właściciela – Jana Granowskiego herbu Leliwa, pana na łańcuckim zamku. Wkrótce zmienił on swoje rodowe nazwisko Granowski na Pilecki, i stąd wynikają pomyłki o kontynuacji rodu Pileckich herbu Topór jako potomków Ottona Pileckiego, zmarłego około 1384 roku. On nie zostawił męskiego potomka, o czym już wyżej była mowa. Cały spadek po nim przypadał więc zmarłej Elżbiecie Granowskiej, a po niej synowi Janowi Granowskiemu herbu Leliwa, który już jako Jan Pilecki z Łańcuta zapoczątkował drugi, blisko stopięćdziesięcioletni okres nieprzerwanego władania Łańcutem z jego magnackimi dobrami przez nowy ród Pileckich z Łańcuta herbu „Leliwa".

W pierwszej połowie XV wieku Pileccy na Łańcucie byli wielkimi magnatami w ziemi przemyskiej województwa ruskiego. Ich fortuna i koligacje, sięgające wyżyn samego królewskiego tronu, zapewniały przedstawicielom rodu dostęp do najwyższych urzędów w państwie. Jak to wyżej wspomniano, sam król Władysław Jagiełło wielokrotnie gościł na zamku Pileckich. Tu, w roku 1429, przyjmował samego Zygmunta Luksemburskiego z wspaniałą świtą, kiedy ten, w otoczeniu swojego monarszego dworu, wracał ze zjazdu w Łucku.

Miasto Łańcut po upływie półwiecza od lokacji na prawie magdeburskim w r. 1349 osiągnęło wysoki stopień rozwoju materialnego. Dobrobyt łańcuckim mieszczanom przyniósł rozwój rzemiosła i handlu. Szczególnie wysoki poziom rozwoju osiągnęło tu tkactwo. Łańcuccy rzemieślnicy, zrzeszeni od 1406 r. w cechu producentów – pierwszym w państwie – wytwarzali poszukiwane przez kupców tkaniny, a przede wszystkim sukna, poszukiwane na jarmarkach krajowych i obcych. Ten fakt trzeba podkreślić, gdyż dzięki temu Łańcut przyczynił się w zasadniczej mierze do rozwoju wsi we włościach rodu Pileckich. Temu zawdzięcza wieś Białobrzegi swoje powstanie i rozwój – jak to już wyżej wspomniano.

Rozwój wsi Białobrzegi na przełomie wieków XIV i XV, i później, jest tego wymowną ilustracją. Będzie to przedmiotem opracowania w następnym szkicu. Rozwój samego Łańcuta i całej wielkopańskiej domeny Pileckich trwał prawie przez cały wiek XV. Łupieskie najazdy Wołochów w 1498 r., a w latach 1502 i 1523 Tatarów i Turków, pozostawiły na miejscu kwitnącej krainy spopielone zgliszcza Łańcuta i pogorzeliska spustoszonych wsi.

Niedostatkiem tego opracowania – szkicu zaledwie – jest brak pewnych, bezapelacyjnie wiarygodnych źródeł, bez których prześledzenie procesów historycznych w ich rozwoju jest niezmiernie trudne, a niekiedy wprost niemożliwe.

Bez genealogii rodów uczestniczących w zdarzeniach i procesach historycznych niepodważalne ustalenie prawdy jest niemożliwe. Próba wyjaśnienia roli Głuchowskich herbu Leliwa w ziemi przemyskiej jest tego dobitnym przykładem. Niewystarczające okazały się źródła, jakimi dotychczas dysponuję.

Bibliografia / przypisy

  • Historia Polski. Opracowanie zbiorowe pod redakcją Tadeusza Manteuffla, wyd. PAN, Warszawa 1958.
  • Prawem i lewem. Władysław Łoziński, wyd. 5, Krakowskie Wydawnictwo Literackie, 1957. (zdigitalizowany egzemplarz dostępny online w Polonie – Bibliotece Narodowej)

Powstałe, ocalałe relikty kultury materialnej XIV i XV w. na terenach dawnych posiadłości Pileckich.

Własne zapiski z prelekcji Bronisława Górskiego, studiującego niegdyś historię na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Bronisław Górski – porucznik rezerwy z pułku strzelców podhalańskich – zginął zamordowany w Katyniu w kwietniu 1940 r. Pozostałe po nim materiały zaginęły.

Opracował Józef Wojnar
Białobrzegi, 2003 r.

Uwagi końcowe

Weryfikacja internetowa (dodatkowa)

Sprawdziłem w internecie kluczowe nazwiska i fakty przywołane w tym rękopisie — oto co się potwierdziło:

W pełni potwierdzone:

  • Józef Rzepka — autor realnie istniejący, wydał m.in. książkę „Skąd nasz ród" z podtytułem „Kolebka Białobrzeg" a także „Cmentarz białobrzeski" i „Białobrzegi w podziemiu" (ten ostatni tytuł ciekawie koresponduje z wątkiem okupacyjnym tego rękopisu).
  • Jan Głuchowski herbu Leliwa jako pierwszy właściciel Białobrzegów — potwierdzone na oficjalnej stronie gminy Białobrzegi niemal słowo w słowo: „Pierwszym właścicielem Białobrzegów był Jan Głuchowski (herbu Leliwa), pochodzący z Gołuchowa koło Wiślicy". Strona gminy dodaje nawet imiona jego synów: Jan, Rafał, Mikołaj i Jakub.
  • Konstanty Korniakt i osada Mikulice — potwierdzone na stronie sołectwa Korniaktów Północny: „Korniaktów został założony pod koniec XVI wieku przez Konstantego Korniakta, który (...) zbudował dworek na tzw. Mikulicach" — dokładnie zgodne z opisem w rękopisie.
  • Otton (Otto) z Pilczy herbu Topór — realna, dobrze udokumentowana postać historyczna: starosta i wojewoda sandomierski, generalny starosta ziem ruskich, założyciel Łańcuta (lokacja miasta 1349 r.) i wielu okolicznych wsi (Albigowa erygowana z jego fundacji w 1362 r., Mikulice nadane w 1375 r., itd.) — wszystko zgadza się z rękopisem.
  • Elżbieta Pilecka / Jadwiga Pilecka / Jan Granowski-Pilecki — cała ta skomplikowana genealogia (matka chrzestna Jagiełły, ślub Elżbiety Granowskiej z Jagiełłą w 1417 r. w Sanoku, zmiana nazwiska Granowski→Pilecki) zgadza się z ogólnie dostępnymi opracowaniami o dziejach Łańcuta.
  • Bronisław Górski — nauczyciel/historyk, zginął w Katyniu w kwietniu 1940 r. — to samo nazwisko i te same fakty pojawiają się w poprzednio przepisanym rękopisie (spójność wewnętrzna obu dokumentów).

Nie udało się zweryfikować (zbyt niszowe dla wyszukiwarek): Jerzy Żuba i jego przewodnik „O gminie Białobrzegi"; „Przewodnik po Ziemi Łańcuckiej" z wersją o Janie Pakosławicu ze Stróżysk; osada/cerkiew w „Gnojnicy" u ujścia Wisłoka do Sanu; .


Szkice do dziejów Białobrzegów

Powstanie i działalność „Kościoła Narodowego" w Białobrzegach 1930–1940 r. (pełna transkrypcja rękopisu Józefa Wojnara)

Powstanie i działalność „Kościoła Narodowego" w Białobrzegach. 1930–1940 r.

„Kościół Narodowy" działający w drugim dziesięcioleciu odzyskanej w 1918 r. niepodległości, na terenie części gminy Białobrzegi – noszącej wówczas obiegowo nazwę „Zawodzie", nie pozostawił po sobie żadnych dokumentów. Dzisiejsi mieszkańcy wsi – potomkowie wyznawców sekty – nazywający się „narodowcy" nie posiadają żadnych pisemnych materiałów o działalności swoich przodków z tamtych lat, ani pamiątkowych fotografii. Nie zachowały się żadne pozostałości po wzniesionym w latach 1930–31 drewnianym kościele – rozebranym w pierwszych latach po drugiej wojnie światowej, ani po domku duchownego, który spłonął w 1938 r. w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach.

Mapa poglądowa okolic Białobrzegów (1930–1940). Główne wsie mają współrzędne zgeokodowane; pozostałe przysiółki odnaleziono w OpenStreetMap po nazwie w tej samej, znanej okolicy.

Przysiółki wymienione na oryginalnym szkicu, których nie dało się nanieść na mapę (brak możliwych do ustalenia współrzędnych): Zakabie, Kapanie, Machiówki.

Jedynym reliktem – pozostałym po tej sekcie – jest gipsowa figura Chrystusa niosącego krzyż na Golgotę, na cmentarzu parafialnym w Żołyni – ustawiona na mogile Jana Maca – kolatora tego kościoła. Nagrobek jest bezimienny. Wnukowie i prawnukowie zmarłego – tej mogiły nie nawiedzają.

Kwatera, o której mowa, przylegająca od północnej strony tak zwanego „starego cmentarza" dla nekropolii, była przez ponad siedemdziesiąt lat miejscem pochówku samobójców i zmarłych w konflikcie z kanonicznymi zasadami wiary. W tej kwaterze grzebano „narodowców" – jak powszechnie nazywano tych odszczepieńców. Kwatera jest obecnie przyłączona do obszaru „starego cmentarza" i razem z nim ogrodzona. Było na niej kilkanaście mogił „narodowców", a spośród nich dotąd pozostał jedynie ten opisany grób Jan Maca. Tamtych mogił „narodowców" już nie ma; ich miejsca zajęły nowe pochówki.

Można więc określić ów białobrzeski „kościół narodowy" jako efemerydę – zjawisko, które zniknęło bez śladu, i zapewne to jest przyczyną, że dotąd nikt w Białobrzegach nie wziął do ręki pióra, by utrwalić zdarzenia i uwarunkowania towarzyszące powstaniu tej innowierczej parafii w gminie Białobrzegi, która – poczynając od czerwca 1930 r. – zaczęła się nawróceniem i rekrutacją nowej parafii, erygowanej przez ordynariusza przemyskiej diecezji – biskupa Józefa Sebastiana Pelczara.

Mieszkańcy Białobrzegów, Dębiny i Korniaktowa Północnego, z wielkim entuzjazmem budowali swoją parafię, nie szczędząc ofiar, pomimo ogólnej powojennej biedy i szalejącej inflacji.

W powstaniu własnej parafii szczerze widziano wielki awans Białobrzegów w gronie „wsi kościelnych" łańcuckiego powiatu.

Nie wiem, co się stało, że wśród tej podniosłej atmosfery – ożywiającej środowisko skupione wokół spraw wiary – wśród mieszkańców wsi powstała samorzutnie grupa malkontentów na „Zawodziu", która wzniosła otwarty bunt przeciwko przemyskiej kurii, sprowadziła duchownego w osobie dwudziestokilkuletniego Szczepana Kolanko, mieniącego się księdzem „Polskiego Kościoła Narodowego", i – w ciągu półtora roku zaledwie – zdołała zbudować drewniany kościółek, domek dla duchownego, zakupić potrzebne paramenty i rozpocząć ożywioną działalność sekty.

Odprawiano obrzędy religijne z oprawą artystyczną ceremoniału. Szczepan Kolanko gorliwie propagował zbiorowe czytanie ewangelii, tworząc literaturę wrogo ukierunkowaną mowę hierarchii Kościoła rzymsko-katolickiego, zakonów, kościelnych stowarzyszeń i instytucji.

Potępiał wybuch nienawiści „narodowców" wobec „rzymian" – jak wówczas nazywano pozostałych mieszkańców „Zawodzia". Była to kulminacja nieprzyjaźni pomiędzy przedwiecznymi wrogami z obu stron wsi. Ta nieprzyjaźń trwała od niepamiętnych lat, przekazywana przez kolejne pokolenia. Jej początków należy szukać w działaniach zagarniania folwarków obszarniczych i przekształcania oczynszowanych, wolnych przedtem chłopów w pańszczyźnianych, niewolnych poddanych przez feudałów.

Przystępując do opisu zdarzeń poprzedzających lata buntu części mieszkańców „Zawodzia" przeciwko ich wcieleniu przez kurię diecezjalną do najbliższej białobrzeskiej parafii, nie mogę uniknąć osobistej retrospekcji w dziedzinie rozwoju stosunków spornych w białobrzeskiej włości, na którym gruncie wyrosły przyczyny skłócenia dwóch części wsi pomiędzy sobą.

Jestem świadomy tego, że sprowadzając opis do zobrazowania nastrojów i zdarzeń towarzyszących powstaniu kościoła narodowego jedynie, nie zdołam uniknąć zarzutów ze strony osób tematem zainteresowanych, o przyczyny i skutki zaostrzenia tego poszatkowania rodzinnego, epizodu dziejów mojej wsi i parafii rodzinnej w tak niecodziennym przekroju.

Zorganizowany bunt części odszczepieńców lewobrzeżnej strony Białobrzegów – wsi należącej do czerwca 1920 r. do parafii Łętowni, łańcuckiego dekanatu, diecezji przemyskiej – był dramatem dla mieszkańców obu części ówczesnej gminy Białobrzegi.

Protest większości mieszkańców lewobrzeżnej części Białobrzegów przeciwko ich włączeniu do nowo utworzonej w r. 1920 białobrzeskiej parafii jest – w ostatnich latach dziejów Białobrzegów tragicznym w swej wymowie wydarzeniem. Fatalizm trwającego od wieków porozdzielenia dwóch podzielonych wzajemnie części wsi – doprowadził, w latach po pierwszej wojnie światowej, do powstania szczerej nienawiści pomiędzy mieszkańcami odłączonej lewobrzeżnej części Białobrzegów od dotychczasowej parafii a – księżmi w miejscowości – podporządkowującymi się decyzji przemyskiej kurii. To odnowiło trwającą od wieków nieprzyjaźń pomiędzy obiema częściami wsi: prawobrzeżną, gdzie powstawała nowa parafia, i lewobrzeżną, co miało doprowadzić do nieprzewidzianych tragicznych następstw.

Dla naświetlenia sprawy, celowym jest wskazanie źródeł narastającego przez wieki rozdzielenia mieszkańców, od początków powstania wsi. Z powodu trudności w dotarciu do źródeł informacji o wzmiankowanym procesie rozwojowym, a najczęściej całkowitego ich niedostatku, trzeba się z konieczności ograniczyć do naświetlenia wybranych faktów i zdarzeń, które w ciągu wieków ten proces kształtowały.

Na początku trzeba wspomnieć, że ukazujące się obecnie popularne publikacje wzmiankujące o powstaniu Białobrzegów, uporczywie powtarzają twierdzenia o początku wsi – jako lokowanej przez starościca w drugiej połowie XIV wieku, wskazując równocześnie na brak dokumentu lokacyjnego. Dotychczas nie udało się natrafić na jakąkolwiek wzmiankę o badaniach nad prawdopodobnym początkiem wsi Białobrzegi, w drodze rozwoju z pierwotnej osady, osady czy przysiółka. A takich przypadków nie brak na przestrzeni dziejów państwa polskiego od Chrztu Polski począwszy – aż po wiek XX.

Nazwy Białobrzegi nie można wywodzić w żadnym wypadku od domniemanego starościca wsi o nazwisku Białobrzeski. Ta nazwa jest zsynchronizowana z Wisłokiem, nad którym wieś leży. Rzeczka, płynąc od niepamiętnych czasów pograniczem ziem ruskich, nosiła do połowy XIV wieku nazwę Biała Woda, a między polami rozsiadła się rozrzucona pierwotna osada nazywana Białe Brzegi, co stwierdzają zapisy w licznych kronikach ruskich. W drugiej połowie XIV wieku między lasy dzisiaj we wsi Głuchów, posiadłości Głuchowskiego herbu Leliwa – zawładnięte przez rycerza z otoczenia Ottona Pileckiego herbu Toporczyk, starosty i wojewody sandomierskiego i równocześnie generalnego starosty ziem ruskich – któremu nadał posiadłości Kazimierz Wielki w 1348 r., wraz z rozległymi dobrami w ziemi przemyskiej, w nagrodę za zasługi w walce u boku ojca – Władysława Łokietka – o zjednoczenie ziem polskich i w walkach o Ruś Halicką – toczonych od 1340 r.

Nazwa wsi Białobrzegi pojawia się w dokumentach z połowy XV wieku i przez około 150 lat występuje w zapisach akt grodzkich przemyskich zawsze w brzmieniu: Głuchów z Soniną i Białobrzegami – skąd wniosek, że w pierwszej połowie XV wieku miało miejsce zaludnienie, czy raczej zorganizowanie wsi o nazwie Białobrzegi, z dotąd istniejących siedlisk i osad na gruntach północnej części wsi Głuchów. Bo takie osady już tam istniały.

Po lewej stronie Wisłoka, przy obecnej granicy z wsią Korniaktów Północny – wówczas jeszcze nie istniejącej – znajdowała się osada autochtonicznej ludności prawosławnej, znana od niepamiętnych czasów aż po dzień dzisiejszy, nad którą sprawowała pieczę parochia ruska w Dębnie nad Sanem.

W miejscu reszty budynków pozostałych po sprzedaży przez hrabiego Potockiego w 1938 r. folwarku, istniał dwór myśliwski Pileckich, zbudowany na obrzeżu Puszczy Sandomierskiej, przy granicy z terenami głuchowskiej włości, przez Ottona Pileckiego po 1350 roku. W niewielkiej odległości od dworu myśliwskiego, służącego rodzinie Pileckich jako wielkopańska rezydencja leśna, istniała chłopska osada – czeladników, złożona z ludzi obsługujących rycerskie potrzeby myśliwskie, utrzymujących ekwipunek łowiecki, psy, sokoły i różnych rzemieślników. Wśród nich osiedlili się ludzie żyjący z lasu, zbierający orzechy leśne i buczynę, a którzy w niewielkiej osadzie leśnej nazwanej Mikulice-Trzcianiec uprawiali niewielkie użytkowe poletka, na których siano żyto, jęczmień, owies i proso; hodujący nierogaciznę, że z czasem przy tej leśnej osadzie powstał przysiółek Podleśne osadników – hodowców owiec. Niedaleki Łańcut, gdzie w rzemieślniczych warsztatach wyrabiano poszukiwane sukna i inne płótna – sprzedawane kupcom, których karawany zatrzymywały się w Łańcucie, przemierzające szlak od czarnomorskich portów genueńskich przez Mołdawię, ziemie województwa ruskiego, Jarosław, Przeworsk i dalej przez Kraków, Śląsk i Morawy na Zachód – potrzebował wielkiej ilości wełny. Białobrzescy hodowcy stad owiec dostarczali tamtejszym tkaczom – od 1406 r. zrzeszonym w cechu płócienników-wełny – a kuśnierzom, rymarzom i siodlarzom – skóry. Sprzedawali te surowce z zyskiem, opłacając czynsze w naturze lub w pieniądzach, według umowy zawartej z właścicielem ziemi.

Jak wyżej wspomniano, nazwa Białobrzegi pojawia się w aktach grodzkich przemyskich jako część głuchowskiej włości, zawsze w brzmieniu: Głuchów z Soniną i Białobrzegami, od połowy XV wieku. To dowodzi istnienia wówczas już zorganizowanej wsi feudalnej.

Zapis w aktach grodzkich, w którym użyto nazwy Białobrzegi, dzieli prawie półtora wieku od daty nadania Łańcuta Ottonowi Pileckiemu herbu Topór. Tę próżnię czasową postaram się wyjaśnić w przypisach; czas przystąpić do zilustrowania okoliczności i przyczyn skonfliktowania mieszkańców wsi, trwającego niemal kilkuset lat, aż do zaostrzenia nienawiści wśród społeczności lewobrzeżnej części Białobrzegów i otwartego, zorganizowanego buntu przeciwko zarządzeniom kurii przemyskiej, w sprawie utworzenia nowej parafii w czerwcu 1920 r.

Kiedy w połowie XV stulecia zaczęto skupiać ludzki rozproszonych na wydzielonym z głuchowskiej włości obszarze w jedną wieś pod nazwą Białobrzegi, nie liczono się z następstwami rozdzielenia tego obszaru przez barierę Wisłoka. Beztrosko potraktowano i pominięto ten problem.

Nie zapewniono mieszkańcom opieki religijnej, pozostawiając losowi ten niezmiernie istotny czynnik kształtowania obyczajów i wzajemnego współżycia.

Nie uwzględniono odmiennych warunków i potrzeb gospodarowania na gruntach dwóch części wsi. Następstwem był nierówny rozkład obciążenia chłopów powinnościami na rzecz feudalnego pana, co ostro wystąpiło po założeniu folwarku, na urodzajnych gruntach przylegających do osady otaczającej dawny, majątkowy dwór myśliwski – będący równocześnie letnią rezydencją Pileckich.

Zapewne w tym okresie zamieniono chłopom osiadłym w lewobrzeżnej części Białobrzegów dotychczasowe czynsze na przymusowe prace pańszczyźniane przy uprawie folwarcznych gruntów, hodowli dworskich stad i ponadto na wykonywanie różnych usług – wysprzedawanych doraźnie przez feudalnego właściciela czy dziedziców wsi. Jeśli do tego dodać praktykowane wówczas zabieranie chłopom wymienionych dotąd gruntów w celu powiększenia obszaru dworskich pól i przenoszenie ich użytkowników na nieco gorzej gospodarowane dotąd ziemie, w dowolnej części wsi, to okaże się oczywistym, że warunki bytowania mieszkańców lewobrzeżnej części Białobrzegów uległy dokuczliwemu pogorszeniu.

A tymczasem, mieszkańcy drugiej – połaczonej ze Soniną – części wsi, dalej rozwijali hodowlę stadną. Byli oczynszowani, pańszczyzny nie odrabiali; czynsze płacili w pieniądzu i w skórach oraz w wełnie – według umowy. Ich warunki bytowe były nieporównanie lepsze od tych, które stały się udziałem chłopów osiadłych w lewobrzeżnej części wsi – pańszczyźnianych poddanych feudalnego pana.

Tak zróżnicowane warunki bytu mieszkańców tej samej, ale przedzielonej Wisłokiem wsi, nie mogły dodatnio oddziaływać na wzajemne stosunki mieszkańców, nie mogły sprzyjać powstaniu lokalnej wspólnoty, prowadziły do utrwalania wzajemnej niechęci i nieprzyjaźni. To nasuwa pytanie: Dlaczego nie reagowano na taki stan rzeczy?

Przyczyna tego stanu są w feudalnych stosunkach gospodarczo-społecznych. Białobrzeski folwark posiadał sporo przydatnych, urodzajnych gruntów – zdatnych pod uprawę zbóż. Do obróbki dworskiej ziemi ornej i do hodowli, stanowiono pańszczyźnianą robociznę – ciągnioną od niewolnych chłopów – mieszkańców lewobrzeżnej reszty wsi. Nie było potrzeby posyłać na dworskie pola chłopów osiedlonych po drugiej stronie kapryśnego Wisłoka. Rzeka, bagniste doliny, zalewana częstymi przyborami wód oraz groźnymi wirami i jesiennymi powodziami, uniemożliwiała przeprawę nie tylko sprzężajnym chłopskim wozom, ze sprzętem do pracy na dworskich polach, ale także pieszym, na przeciąg całych tygodni. W XV wieku istniały obie części Białobrzegów jedną przeprawę, promową, i trzy brody, czynne jedynie w okresach niskiej wody na rzece.

Te przyczyny spowodowały, że – w białobrzeskiej włości – utrwalił się nierówny podział pańszczyźnianych obciążeń na rzecz feudalnego pana.

Mieszkańcy lewobrzeżnej części wsi – niewolni chłopi – przypisani do pańskiej ziemi (gleba adscripti) i ich potomni przez trzy stulecia – aż do 1848 roku – dźwigali ciężary i powinności pod batem dworskiego ekonoma i sędziego. Natomiast prawobrzeżni czynszowi chłopi, gospodarujący na gruntach po prawej stronie Wisłoka, wypasali własne stada owiec na wspólnie użytkowanych pastwiskach i żyli w miarę dostatnio. Płacili panu czynsze w pieniądzu i w wełnie – określone w umowach, ale – przy pilnej pracy – mogli wygospodarowywać nadwyżki na własny użytek.

Łańcut był dla nich nie tylko miejscem zbytu tych nadwyżek. Tam była ich parafia i przykościelna szkółka. Nie jest możliwe do stwierdzenia, czy uczyły się w niej dzieci z Białobrzegów, ale wiadomo, że oczynszowani chłopi mieli swojego wójta i pisarza; że wśród tej społeczności byli i działali piśmienni mieszkańcy. Stwierdzają to osiemnastowieczne zapisy.

Jak wyżej wspomniano, aż do 1848 roku przetrwały na polskich ziemiach feudalne stosunki utrwalone gospodarczo w szlacheckich dobrach ziemskich. Dlatego trzystuletni okres dziejów wsi Białobrzegi, od połowy XV wieku poczynając, trzeba w niniejszym zarysie pominąć, jako z tematem nie związany, i odnieść go do przypisów.

Przyjmijmy, że dla naszych rozważań decydujący jest stan stosunków społeczno-gospodarczych i politycznych w latach utraty niepodległości.

W roku 1772 wieś Białobrzegi, leżąca na ziemi ruskiego województwa Rzeczypospolitej, znalazła się w prowincji „Królestwo Galicji i Lodomerii" – państwie Habsburgów. Wieś odbudowana z pogorzelisk pozostałych po strasznym najeździe tatarskim krymskiego chanatu Złotej Ordy w 1672 r., razem z rozległym, bogatym obszarem łańcuckim, wchodziła w skład łańcuckich dóbr magnackich, którymi władał Stanisław książę Lubomirski od 1745 r., ożeniony z Izabelą Czartoryską.

Na białobrzeskiej włości gospodarował w 1772 r. dzierżawca, o nieustalonym nazwisku. Józef II, sprawujący do 1782 r. wspólnie z matką – cesarzową Marią Teresą – rządy w austriackiej monarchii, wprowadzał liczne zmiany w przysługujących dotąd właścicielom dóbr ziemskich uprawnieniach i przywilejach:

– ograniczył wymiar powinności pańszczyźnianych chłopów wobec szlachty; – zniósł władzę sądowniczą szlachty nad poddanymi – pańszczyźnianymi chłopami; – zniósł przywilej, na mocy którego niewolny chłop był „przypisany do ziemi" i nie mógł jej opuścić. Ten zakaz obejmował całe jego potomstwo. W Rzeczypospolitej używały ochrony wszystkie władze właścicieli ziemskich do chwytania zbiegów i odstawiania ich do właścicieli; za nieudzielenie słusznej pomocy groziły surowe kary; – zabronił wywłaszczania chłopów z dotąd uprawianej ziemi i przenoszenia ich na inne grunty oraz przyłączania zabranych chłopom gruntów do dworskiej obszarki; – wprowadził ograniczenie obciążeń pańszczyźnianych i zapowiedział działania zmierzające do całkowitego zniesienia pańszczyzny w magnackich dobrach.

Te uregulowania zapoczątkowały proces gruntownych zmian w stosunkach społeczno-gospodarczych, jakie dotąd panowały w szlacheckich dobrach. Właściciele dóbr nie mogli już dowolnie ustalać liczby dniówek pańszczyźnianych w tygodniu według aktualnych, przez siebie ustalanych potrzeb, ani korzystać z przywileju doraźnego obciążania poddanych dodatkowymi powinnościami. Jeśli właściciel dóbr potrzebował zwiększonej siły roboczej dla swojej gospodarki, to mógł ją uzyskać w trybie dobrowolnego najmu poddanych, za zapłatą.

Tak się narodził system zarobkowania chłopów na folwarkach, który przetrwał aż do lat drugiej wojny światowej. Chłop wynajmujący się do robót na pańskim polu, czy w pańskim lesie, otrzymywał zapłatę w naturze. Na przykład za roboty w lasach i obsługiwanie pańskich łowów zwykle płacono drewnem opałowym.

– za pracę przy zbiórce zbóż i sianie wynagradzano; – za oranie, uprawianie i ustawianie sprzątanego zboża w tak zwane „mendle", to jest kopice po 15 snopów, stosowano normę: za piętnaście kopek. A to oznaczało, że żniwiarz za skoszenie, uprzątnięcie snopków i ustawienie ich w mendle, piętnasty otrzymywał jako zapłatę.

Podobnie było ze zbiorem siana; były to transakcje na „dwunastkę" lub niekiedy na „ósmą kopę", zależnie od rodzaju koszonej trawy, przeschnięcia przy koszeniu i od różnych innych czynników.

Właściciele dóbr ziemskich byli zmuszeni troszczyć się o warunki bytowe chłopów, chcąc utrzymywać dochodowość swoich majątków na dotychczasowym poziomie. Odczuli to chłopi lewobrzeżnych Białobrzegów. Czas sformułował za sobą skutki wiekowego porozdzielenia mieszkańców dwóch przeciwległych brzegów części wsi. Ale tak się nie stało.

Dobra łańcuckie ongiś Lubomirskich zostały przez austriackie władze uznane jako państwo prywatne, którym zarządzano ustanowionymi urzędnikami: sędziemu i mandatariuszom – do spraw administracyjno-podatkowych; właściciele i dzierżawcy wsi i wójt działali w zakresie uprawnień mandatariusza.

Władze austriackie nakładały na właścicieli majątków ziemskich kontyngenty rekruta. Białobrzegi były zobowiązane co dziewiąty rok kierować do wojska austriackiego trzech rekrutów, którzy odchodzili ze wsi na dwunastoletnią, trwającą nawet kilkanaście lat, służbę.

Dzierżawcy Białobrzegów, wykonując polecenie mandatariusza, wyznaczali rekrutów z prawobrzeżnych Białobrzegów, aby się nie pozbywać młodych mężczyzn potrzebnych do pracy w białobrzeskiej włości. To głęboko dotknęło mieszkańców prawobrzeżnych Białobrzegów, gdzie się utrwaliły stosunki społeczno-gospodarcze. Brak dzierżawcy spowodował nieprzewidziane, ale najgorsze dla rozwoju gminy, wywołał wzrost sprzeczności pomiędzy obiema częściami wsi, czego nie zniwelowała poprawa bytu mieszkańców części lewobrzeżnej – pozostającej nadal w całkowitej od dworu zależności. Równocześnie, po drugiej stronie Wisłoka, chłopcy wracali do domów. To ujarzmienie z sobą wiodło doświadczenie nabyte w latach służby, na terytoriach krajów rozległej habsburskiej monarchii, i pochwałami tłoczone na pięknym czerpanym papierze, w których polecano władzom okazywanie pomocy dla wysłużonych absztyfikantów, wielu z nich włączało się do osobliwych migałów w gminie.

Ogólny poziom organizacyjny społeczeństwa prawobrzeżnej części wsi znacznie się różnił od złączonego z dworem społeczeństwa lewobrzeżnych Białobrzegów.

I taki stan utrzymywał się nadal – aż do końca XIX wieku. Brakowało platformy wzajemnego oddziaływania, którą mogła być wspólnota parafialna, gdyby taka istniała. Białobrzegi, od swoich początków, do drugiego dziesięciolecia XX wieku kościoła nie miały. Od początków XVII wieku mieszkańcy wsi uczestniczyli w życiu religijnym dwóch parafii: całe lewobrzeżne Białobrzegi i znaczna część mieszkańców części prawobrzeżnej należały do parafii w Żołyni, a reszta do parafii w Kosinie. W tej sytuacji nie doszło do wyeliminowania zjawisk odosobnienia, uwzględniając wysiłki społeczeństwa w rozwój gminy Białobrzegi.

Czas poświęcić nieco uwagi problematyce życia religijnego w Białobrzegach. Niedostatki w tej dziedzinie pociągały za sobą smutne następstwa w dziejach wsi, ciążąc na wzajemnych stosunkach społecznych i obyczajach mieszkańców. To wpływało na marnotrawstwo sił, środków i opóźnienie w rozwoju wsi. Białobrzegi, od swojego założenia aż do drugiej dekady – co wspomniano wyżej – XX wieku, nie były wsią kościelną. Mieszkańcy, osiedlali się na obszarze kilometrów kwadratowych ziemi wydzielonej z głuchowskiej włości, przedzielonym przez Wisłok, nie tworzyli zwartej osady. W różnych latach budowali swoje domostwa, tworząc małe skupiska oddalone od siebie. Aż do pierwszych dziesięcioleci XVII wieku nie jest znana przynależność Białobrzegów do najbliższych parafii w Żołyni i w Kosinie. Od połowy XVI wieku, przez kolejnych 70 lat, właściciele dóbr łańcuckich – i następca Krzysztof Pilecki (ojciec), jego syn, starosta Krzysztof, oraz Stanisław Stadnicki ze Żmigrodu i następca [Zygwult?] (Segewold) – władali łańcucką ziemią, kreując innowierstwo: Pileccy – luteranizm; Stadnicki – kalwinizm, i zamieniali kościoły na heretyckie zbory; reformowali parafie.

Jak ze skąpych źródeł wynika, innowierstwo najsilniejsze było w oświeconych warstwach społeczeństwa. Pańszczyźniane chłopstwo było w swojej masie owym „nowinkom" obojętne. Z zachowanego zapisu w dokumencie sporządzonym w 1585 roku wiadomo, że parafia żołyńska liczyła wówczas ponad pięć i pół tysiąca ochrzczonych, w tym około tysiąca dwustu mieszkańców Białobrzegów. Z tego wynika, że Białobrzegi były pod koniec XVI wieku dużą wsią, w dobrach Pileckich – przechodzących wtedy w ręce Stanisława Stadnickiego – „Diabła Łańcuckiego".

Podobnej wielkości wsi kościelnych było we włościach łańcuckich sporo.

Z niektórych źródeł wynika, że w 1622 r. Władysław Stadnicki – syn Stanisława Stadnickiego „Diabła" – porzucił kalwinizm i przyjął wyznanie katolickie obrządku łacińskiego. Z gorliwością neofity, ufundował rodzinną parafię, przedtem przez ojca zrujnowaną – i zbudował nową świątynię, która przetrwała zaledwie dwa lata.

Spalił ją, wraz z całą Żołynią, zagon tatarski Kantymira Murzy w 1624 r.

Kościół i parafię wkrótce odbudowano, o czym należy wspomnieć – niezmiernie istotny dla przyszłości Białobrzegów problem: sprzeczne z potrzebą organizowania przestrzeni dla wzmocnienia społecznych więzi wśród mieszkańców Białobrzegów, eliminowania szkodliwych uprzedzeń przeszkadzających mieszkańcom wsi we wspólnocie, podzielono wieś pomiędzy dwie parafie:

Lewobrzeżne Białobrzegi i część wsi „Za Wisłokiem" – sąsiadującą z wolą Stanisławową (obecnie Wola Dalsza) – przyłączono do żołyńskiej parafii. Pozostałość Białobrzegów, po prawej stronie Wisłoka, skierowano do parafii Kosina. Ten układ przetrwał przez trzy wieki, aż do roku 1920. To nie sprzyjało wytworzeniu więzi rodzinnej między mieszkańcami dwóch części tej samej wsi, uprzednio już skłóconymi, a raczej je utrwaliło.

Bo rola Kościoła w utrzymaniu wspólnoty jest niezaprzeczalna. Zbiorowość ludzka związana z jedną parafią i jej świątynią splata się więzami wielokrotnie silniejszymi od nakazów i norm prawa współżycia społecznego – ustalanych przez władze i systemy polityczne.

Członkowie wspólnoty parafialnej często się spotykają w swoim kościele; obchodzą wspólnie patronów i swoje wspólnotowe święta – odpusty; uczestniczą we wspólnych pielgrzymkach do sanktuariów. Są otoczeni opieką duchowną przez kapłanów znających potrzeby wiernych i całej wspólnoty. W środowiskach wspólnot parafialnych powstawały różne inicjatywy społeczne – służące nie tylko sprawom kościelnym. W takich środowiskach powstawały zalążki spółdzielni i różnych instytucji publicznych – służących rozwojowi nauki, kultury i życia gospodarczego.

O tym wiedziano niewątpliwie od dawna. Z pokoleniowych przekazów wiadomo, że w drugiej połowie XVIII wieku Lubomirscy – przebudowujący białobrzeski dwór na letnią rezydencję magnacką – rozważali potrzebę zbudowania we wsi kościoła. Do tego jednak nie doszło: w pierwszych latach XIX wieku Izabela z Czartoryskich – księżna marszałkowa, pierwsza dama epoki, wdowa po ostatnim właścicielu Łańcuta z magnackiego rodu Lubomirskich – Stanisławie Lubomirskim, zmarłym w 1783 r. – sprzedała białobrzeskie dobra Kotulińskim – rodzinie baronów, przypuszczalnie pochodzenia czeskiego. Zapewne nowi właściciele wiedzieli o nie do końca zrealizowanych planach przebudowy obiektów na wielkopańską letnią rezydencję, w nowo nabytych, znakomicie już prosperujących białobrzeskich dobrach. Mówił o tym przekaz Jana Wynara, urodzonego w 1833 roku, zmarłego w dziewięćdziesiątym pierwszym roku życia, który był w młodości przez wiele lat furmanem – zatrudnionym w browarze Kotulińskich. Opowiadał, że wtedy woził nie tylko piwo, ale także cegłę – wypalaną w dworskiej cegielni – na kościół, który miał stanąć na piaszczystym pagórku, gdzie do roku 1919 stał krzyż z miejscowego, wysokiego dębu. Rodzina Kotulińskich budowy nie rozpoczęła. W 1871 roku pani Fecondo, primo voto Kotulińska (czyli: z pierwszego małżeństwa Kotulińska, z drugiego – Fecondo) – sprzedała zadłużone dobra białobrzeskie Romanowi Potockiemu, III ordynatowi łańcuckiemu, po czym wyjechała wraz z córką za granicę. Roman Potocki był ojcem Alfreda Antoniego Potockiego – IV i ostatniego ordynata łańcuckiego. Będzie o nim wzmianka w dalszej części szkicu, w przypisach.

Po odzyskaniu niepodległości, biskup ordynariusz diecezji przemyskiej Józef Sebastian Pelczar powziął decyzję erygowania nowych parafii na obszarach dawnej włości, dotąd tego pozbawionych. Kuria przemyska [rozważała ten problem] jeszcze przed wybuchem wojny 1914 r. W roku 1919 zajęto się tą sprawą od nowa. Oceniono, że wsie porozrzucane w pasie doliny Wisłoka, od Trzciany do wysokości Łańcuta, mają bardzo utrudnioną łączność ze swoimi dotychczasowymi parafiami. Ich mieszkańcy zgłaszali prośby o pomoc; w kurii uznano za konieczne niezwłoczne przystąpienie do tworzenia nowych parafii, w pierwszej kolejności tam, gdzie były najbardziej sprzyjające ku temu warunki. Miał to na uwadze ordynariusz przemyski, biskup Józef Sebastian Pelczar, przychylając się do próśb mieszkańców Białobrzegów, Korniaktowa i części Dębiny; pismem z dnia 1 maja 1920 r. ustanowił samodzielną placówkę duszpasterską i mianował pierwszym duszpasterzem księdza Zygmunta Dziedziaka.

Decyzja Ordynariatu przemyskiego wywołała entuzjazm wśród mieszkańców nowo ustanowionej parafii. Wychodziła naprzeciw oczekiwaniom białobrzeskiej społeczności, która w tym również widziała możliwość odrobienia miejscowych zaniedbań i wzrostu w rozwoju wsi. Nie oczekiwano na ten akt z zasobnymi środkami. Rada gminy, którą wówczas kierował wójt Marcin [nazwisko?], uchwaliła dla parafii ponad trzy hektary gruntu z gminnego pastwiska, w tym 2,24 hektarów na plebanię i kościół, oraz 1,13 ha na cmentarz.

Niezwłocznie rozpoczęto wyrób cegły w cegielni, i przygotowanie terenu do budowy tymczasowego drewnianego kościoła. Jego bryła była powtórzona z murowaną kaplicą z miejscówki, na której był zawieszony niewielki dzwon, który później przeniesiono na wieżę budowli i zawieszono w wieżyczce zwanej sygnaturką.

Wnętrze kaplicy zdobił ołtarz z obrazem Piety. Przybyły w czerwcu 1920 r. na powierzoną placówkę ksiądz Zygmunt Dziedziak, wydawał się dobrze znać jej mieszkańców. Z woli swojego proboszcza księdza prałata Tomasza Frankiewicza, od kilku lat opiekował się Białobrzegami. Odprawiał w kaplicy nabożeństwa, kiedy czynna była przeprawa na Wisłoku. Podczas corocznych kolęd odwiedzał białobrzeskie rodziny, ucząc dzieci w szkole powszechnej imienia Adama Mickiewicza. Obejmując obowiązki, mógł z optymizmem spoglądać w przyszłość.

Miał u boku komitet parafialny, złożony z doświadczonych społeczników, pełnych zapału dla rozpoczętego dzieła – cieszących się autorytetem wśród mieszkańców gminy. Do składu pierwszego komitetu należeli: Jan Rzepka, Józef Bar, Wincenty [Dorcze?], Wincenty Stryjek i Jakub Wojnar – mieszkający w Białobrzegach, po prawej stronie Wisłoka. Do składu komitetu dołączył Jan Cisek – jedyny jego członek reprezentujący mieszkańców „Zawodzia".

Jak wyżej wzmiankowano, ustanowienie nowej parafii białobrzeskiej spowodowało samo entuzjazm ogromny. Ale nie wszystkich!

Mieszkańcy „Zawodzia" tradycyjnie niechętni mieszkańcom powstałym w prawobrzeżnej części wsi i tym razem nie wyrazili entuzjazmu z okazji doniosłego wydarzenia – powstania na tamtym terenie nowej parafii – przeciwnie: porozumiawszy się wzajemnie, wyrazili zaniepokojenie przed ich włączeniem do nowopowstałej parafii. Wystosowali pismo do przemyskiej kurii, zawierające prośbę o pozostawienie ich w żołyńskiej parafii. Wybrano trzyosobową delegację, która to pismo zaniosła do Przemyśla. W piśmie podano następujące uzasadnienie:

– mieszkańcy lewej części wsi będą przez długą część roku narażeni na odcięcie od kościoła, przez wezbrany Wisłok, podczas przypadków częstych roztopów i corocznych powodzi. Kiedy w konkretnych przypadkach musieliby pokonywać daleką i wyboistą drogę przez Smularzyny, Dąbrówki i most na Wisłoku, następnie przez Wolę Dalszą i Dębinę; – Do parafii i kościoła w Żołyni prowadzi kilkukilometrowy odcinek dobrej, bitej drogi zbudowanej w 1812 roku; – Mieszkańcy lewej części Białobrzegów zawsze byli związani z żołyńską parafią, do której należeli. W latach budowy nowej świątyni 1864–1884 złożyli największe ofiary na kwestę spośród mieszkańców wszystkich wsi parafii;

Te argumenty były prawdziwe, wieloletni proboszcz żołyński ksiądz prałat Tomasz Frankiewicz często publicznie wymieniał Białobrzegi jako wzór dla całej rozległej parafii.

Kuria przemyska nie przychyliła się do prośby białobrzezian. Zrzuciła niechęć „Zawodzia" do prawobrzeżnej części wsi na odwieczną nienawiść, i wywołane niepożądany opór przeciwko zarządzeniom władz kościelnych. Postanowiono, że wbrew nakazowi włączenia się całej wsi, w tym mieszkańców „Zawodzia", do wspólnego uczestnictwa w życiu nowej parafii – wszyscy mieszkańcy „Zawodzia" nie pozostają nadal w „swojej", to jest w żołyńskiej parafii.

Czas płynął. Nie wszyscy chcieli trwać do końca w uporze. Ksiądz Zygmunt Dziedziak znalazł sposób nawiązania dialogu z mieszkańcami „Zawodzia" i wnet się nadwyrężyła dotychczasowa solidarność opornych. Zwolennicy trwania w żołyńskiej parafii uczestniczyli nadal w nabożeństwach i korzystali z posług religijnych w Żołyni – jak dotąd. Ale do czasu. Kiedy ksiądz Zygmunt Dziedziak otrzymał księgi metrykalne i uruchomił parafialną kancelarię, proboszcz żołyński ksiądz prałat Tomasz Frankiewicz zażądał od białobrzezian podporządkowania się władzom kościelnym i korzystania z posług religijnych w swojej parafii.

Ksiądz Zygmunt Dziedziak odchodząc z Białobrzegów po pięciu latach swojej pionierskiej pracy pozostawił swojemu następcy dobrze zorganizowaną, tętniącą życiem placówkę. Parafia posiadała już czasowy kościół typu barokowego, murowaną plebanię, plebańskie gospodarstwo rolne i cmentarz. Ksiądz Zygmunt Dziedziak pozostał we wspomnieniach parafian jako człowiek nietuzinkowy.

Pomimo nawału obowiązków duszpasterskich zdołał wspomagać czasowe inicjatywy w swojej parafii. Pomagał między innymi utworzyć szkołę im. Adama Mickiewicza; tamże cieszył się wśród licznej biblioteki gminnej, na bazie biblioteczki szkolnej. Inspirował swoim autorytetem i radami działalność szczególnie Kasy Stefczyka i pracę Rady Szkolnej miejscowej, której przewodniczył Jan Rzepka – znany jako Rzepka-Kosiński – w wysiłkach przy budowie murowanej dwuklasowej szkoły powszechnej im. Tadeusza Kościuszki na „Zawodziu".

Pierwszym organistą białobrzeskim był Franciszek Kulpa. Jego żona Julia, była wychowawczynią dwóch białobrzeskich pokoleń. Franciszek Kulpa był oddanym pomocnikiem miejscowego proboszcza i ofiarnym społecznikiem. Wykształcił chór uświetniający kościelne obrzędy i rocznicowe imprezy. Był współtwórcą i nieocenionym twórcą orkiestry dętej, dla której wykorzystywał zdolności kilkunastolatków, kończące miejscowe chóry. Białobrzeski kościół nie posiadał aż do 1940 organów. Orkiestra i chór pod kierownictwem Franciszka Kulpy ten brak rekompensowały.

Był również ksiądz Zygmunt Dziedziak przyjacielem Ochotniczej Straży Pożarnej. Straż oddawała nieocenione usługi przy parafialnych i gminnych budowlach. Dowoziła wozem wodę do zaprawy murarskiej, dostarczała sprzętu i robotników do budowy

W pierwszych latach po ustanowieniu parafii Białobrzegi urosły w prekursorkę wsi i gminy łańcuckiego powiatu. Parafia była wychowawczynią dla licznych mieszkańców. Zaistniała niepowtarzalna i – między innymi – marnowana okazja do przyspieszenia rozwoju gminy i zajęcia poczesnego miejsca na polu gospodarczego i kulturalnego rozwoju w całym łańcuckim powiecie, a może nawet we lwowskim województwie: Stracono wówczas szansę na rychłe zbudowanie mostu na Wisłoku i zlikwidowanie przyczyny skłócenia wsi, trwającego od stuleci.

Młody ordynat łańcucki Alfred hrabia Potocki, absolwent ekskluzywnych uczelni europejskich, między innymi także Oksfordu, powziął zamiar przywrócenia białobrzeskiemu dworowi dawnej świetności sprzed 120 laty, kiedy cała białobrzeska włość – co wiadomo z zapisów Izabeli Lubomirskiej, „księżnej marszałkowej", pierwszej damy epoki – była wspaniałą magnacką rezydencją letnią i myśliwską. Alfred hrabia Potocki zaplanował przywrócić tę swoją dawną rezydencję – od nowa zbudowaną w 1912 r. przez władze austriackie drogą bitą – reprezentacyjną aleję dębów i kanadyjskich klonów – biegnącą w kierunku wschód–zachód, prostopadle do owej bitej drogi. W roku 1925 budowa alei była już zaawansowana. Zbudowano jej odcinek od dworu do granicy pól folwarcznych; jej dalszy ciąg miał przebiegać, w środkowej części, przez skraweczek pięknego pola ornego i zabagnioną torfowiskiem łąkę, co było własnością Jana Maca – zagorzałego przeciwnika wszystkich inicjatyw sprzecznych, między innymi z mieszkańcami prawobrzeżnej części wsi. A właśnie wówczas gminy były zainteresowane budową mostu na Wisłoku i parafii białobrzeskiej również, a przede wszystkim ordynat łańcucki. Ku tej sytuacji miał być do 1924 roku gotowy.

Ale Jan Mac – skonfliktowany z współmieszkańcami, bogaty chłop, przeciwnik nowej parafii, nie zgodził się sprzedać hrabiemu 30 arów lichej ziemi. Alfred hrabia Potocki dokładał starań, aby wykupić od Jana Maca ten grunt, oferując za każdym razem inny rodzaj zapłaty: grunt urodzajny, las o cennym starodrzewiu lub pieniądze. Ale Jan Mac nie chciał żadnej zapłaty i nie zgodził się sprzedać hrabiemu tych 30 arów pod żadnym warunkiem. Sprawa wlokła się miesiącami. W końcu Alfred hrabia Potocki porzucił swój zamiar przekształcenia białobrzeskiej włości w wielkopańską rezydencję; prace przerwano. Alfred hrabia Potocki skierował swoje zamiary na Żurawin, który został wkrótce w wielkopańską rezydencję przebudowany.

Następcą księdza Zygmunta Dziedziaka był ksiądz Augustyn Partykiewicz. Po objęciu probostwa usiłował skłonić opornych mieszkańców lewobrzeżnej części Białobrzegów – czyli „Zawodzia" – do podporządkowania się władzom kościelnym. Równocześnie proboszcz żołyńskiej parafii – prałat Tomasz Frankiewicz – odmawiał udzielania ślubów, chrztów i grzebania zmarłych na żołyńskim cmentarzu niepożądanym białobrzezianom. To spowodowało wybuch:

Białobrzegi lewobrzeżne były w ostatnim roku pasterzowania księdza Zygmunta Dziedziaka podzielone: część mieszkańców w przysiółkach Kmiecie, Podlesie i [Podwronie?] przeszła już do parafii białobrzeskiej. Tymczasem mieszkańcy Zawodzia, Dębna, Podlesia i Biłgoraju pozostali przy swoim uporze. Jedynie pojedyncze rodziny z tych przysiółków postępowały inaczej; istotne było to, że zwolennicy podporządkowania się białobrzeskiej parafii byli na „Zawodziu" mniejszością, podczas kiedy ich przeciwnicy stanowili zdecydowaną większość.

Zawrzało na „Zawodziu"; w niedługim czasie mieszkańcy podzielili się na nieprzyjazne i wkrótce na wrogie obozy. Ucichły dobrosąsiedzkie stosunki, rozprzęgły się nawyki i związki rodzinne. W ostre spory wciągano młodzież. Podejmowane przez proboszczów obu parafii: żołyńskiej i białobrzeskiej próby doprowadzenia opornych do podporządkowania się zarządzeniom władz kościelnych i do zgody powracały – bezskuteczne.

Cóż, nie godzi nam się jątrzyć. Doszło do otwartego buntu, kiedy przeciwnicy białobrzeskiej parafii chcieli pogrzebać swojego zmarłego na żołyńskim cmentarzu. Nie uzyskawszy zgody proboszcza wsi na cmentarz, wykopali grób i dopełnili pochówku bez udziału kapłana. Odtąd nastąpił wzrost wzajemnej wrogości ludności Zawodzia, Dębna, Podlesia i Biłgoraju, wobec mieszkańców pozostałych przysiółków, który osiągnął szczyt około 1928 roku.

Wtedy pojawił się na scenie zwolenników nowy duchowny tak zwanego kościoła narodowego. Był to mieniący się księdzem Szczepan Kolanko. Ów Szczepan Kolanko zdołał opanować w krótkim czasie umysły zantagonizowanych, w mniejszości pół-analfabetów – ludzi Zawodzia i Podlesia oraz Dębna i Biłgoraju, pozyskał do współpracy aktywistów spośród mieszkańców, cieszących się w otoczeniu autorytetem i zorganizował parafię.

Żerując na nastrojach zbuntowanych przeciwko władzom kościelnym ludzi, rozniecił nienawiść do Kościoła rzymsko-katolickiego i duchowieństwa. Przywoził z sobą książki i periodyki drukowane w Polsce i zagranicą. Nie mogę wymienić tytułów tych wydawnictw, ani określić ich treści. Moja rodzina nie utrzymywała żadnych stosunków ze zwolennikami narodowego kościoła. Zabronił tego publicznie z ambony proboszcz-ksiądz Augustyn Partykiewicz. Ale Szczepan Kolanko organizował wśród swoich parafian zbiorowe czytelnictwo przywiezionej literatury. Pomimo zakazów, różne treści przenikały do mieszkańców rzymsko-katolickiej parafii. Zapamiętałem, że było tam wiele oszczerstw na temat papieży, innego duchowieństwa i zakonów.

W krótkim terminie od przybycia do Białobrzegów Szczepana Kolanko dokonano otwarcia kościoła, który stanął na wzniesionym pagórku u przysiółka Zawodzia. Przy nim stanął domek dla duchownego, obok z ogródkiem.

Na założenie cmentarza w obrębie terenów Zawodzia władze nie zezwoliły. W tej sytuacji zmarłych tego wyznania grzebano na gruncie żołyńskiego, tak zwanego „starego" cmentarza, poza jego ogrodzeniem, na wydzielonej kwaterze przeznaczonej dla samobójców i zmarłych w konflikcie z Kościołem. Aktualnie ta kwatera jest włączona do parafialnego cmentarza. Jest użyta pod nowe pochówki. Jedynym reliktem dawnego „narodowego" cmentarza jest gipsowa figura Chrystusa niosącego krzyż na Golgotę, na grobie wyżej wspomnianego Jana Maca, najzawziętszego mieszkańca „Zawodzia" – kolatora tego narodowego kościoła, posadowionego na wzniesieniu i wykonanego.

Taki był organizacyjny i materialny obraz kościoła narodowego z roku 1930 w Białobrzegach. Działalność kleru narodowego nie ograniczała się do praktyk religijnych, którym zresztą samym nadawano demonstracyjnie bardzo uroczystą oprawę; wzmacniano wrogość do katolików, których mianowano prymitywami. Terenem starcia pomiędzy „narodowcami" i „rzymianami" stała się od 1926 r., działająca od kilka lat, dwuklasowa publiczna szkoła powszechna, gdzie skonfliktowani mieszkańcy nie mogli spokojnie współistnieć. Dwie nauczycielki, kierowniczka szkoły Wanda Kamińska – niezamężna, samotna kobieta – i druga, absolwentka seminarium nauczycielskiego sióstr Bernardynek w Łańcucie – Maria Ciochórna, nie były w stanie opanować rozwydrzonej młodzieży. O nauce nie było mowy. Zamiast lekcji najczęściej wybuchały bójki, kończące się guzami i ranami.

„Narodowcy" uniemożliwiali prowadzenie lekcji religii księdzu Augustynowi Partykiewiczowi. Zawsze mieli przygotowane kamienie pod ławkami, aby nimi obrzucić księdza, kiedy się pojawi w otwartych drzwiach klasy. To samo robiliśmy my – wzmiankuję – co uczniowie, kiedy przychodził na lekcję religii Szczepan Kolanko. Nazywaliśmy to „kamienowaniem świętego Szczepana".

Nauczyciele i Rada Szkolna miejscowa udali się z tym problemem do kuratorium. Przysłano grupę kilkunastu młodych nauczycieli, którzy pewnego przedpołudnia weszli trójkami do klas i przeprowadzili dokładne rewizje. Okna i drzwi klas były zamknięte i strzeżone od zewnątrz przez mężczyzn, którzy przybyli wraz z grupą nauczycieli.

Drogę wiodącą wtedy na szkolną posesję patrolowali dwaj policjanci z żołyńskiego posterunku, którzy jednak na szkolną posesję nie wchodzili.

Plonem tej rewizji było: dwa rewolwery, amunicja, brzytwy, kilka kastetów i improwizowanych broni oraz innych niebezpiecznych przedmiotów.

Rozwydrzenie młodzieży uczącej się w publicznej szkole powszechnej im. Tadeusza Kościuszki zmusiło kuratorium do podjęcia zdecydowanych kroków:

Pociągnięto do odpowiedzialności rodziców tych chłopców, u których rewizje znalazły niebezpieczne przedmioty. Przerażeni nauczyciele bez zwłoki przystąpili do zaostrzenia nauki w szkole; przede wszystkim wielokrotnych repetentów, którzy przekroczyli czternaście lat życia, wydalono ze szkoły.

Zmieniono nauczycieli: nie zmieniła się kierowniczka szkoły – Wanda Kamińska – i nauczycielka Maria Ciochórna; przybyło nauczycielskie małżeństwo: Bronisław Górski i żona Zofia.

Bronisław Górski pochodził z rodziny mieszczańskiej z Sanoka. Tam uczył się w gimnazjum i – po maturze – został skierowany do wyższej austriackiej szkoły oficerskiej jako „Einjähriger" – jednoroczny. Równie wiele światowej wojny spędził na froncie wschodnim. Po wojnie został nauczycielem. Był to wszechstronny inteligent. W Białobrzegach, i od 1936 roku w Kosinie, pozostały po nim wspomnienia zasługi przy organizowaniu dokształcania młodzieży pozaszkolnej i wielkim zaangażowaniu w działalności społecznej. W 1938 r. jako porucznik rezerwy poszedł na wojnę. Nie wrócił. Od kwietnia 1940 spoczywa w katyńskiej mogile.

Ten nauczyciel z poświęceniem dokonał w białobrzeskiej szkole zadziwiającej rzeczy! Po upływie jednego roku, ta szkoła była już wzorową placówką wychowawczą. Uruchomiono bogatą bibliotekę, przy której wypożyczaniem opiekował się bibliotekarz, szkoły imienia Adama Mickiewicza. Nauczył chętnych chłopców introligatorstwa i prostych prac stolarskich, a jego żona – Zofia – nauczyła haftu.

Bezpowrotnie zniknął ze szkoły podział na wzajemnych „narodowców". Nadrobiono opóźnienia w nauce z lat zaniedbania. Działał przy szkole młodzieżowy teatrzyk wystawiony przez aktorów dobieranych spośród podwórkowej młodzieży i uczniów szkoły. Wystawiano jasełka i utwory satyryczne – adresowane do życia mieszkańców wsi.

Uprzykrzeniem przez trzy lata była zorganizowana parafia kultu narodowego, przy poważnym, zamierzonym zaangażowaniu, izolowanych ludzi – jej wspólnicy – ciężko obarczeni przez Szczepana Kolanko ludzie.

Ale on zniknął tak samo tajemniczo – jak się przed kilkoma laty w Białobrzegach pojawił – bez jakiegokolwiek pożegnania się z wiernymi. Wśród mieszkańców zapamiętano pewną korespondecję, kiedy do miejscowych nadeszła krótka wzmianka czy list – tego już nie pomnę – od organizatora narodowego kościoła Józefa M., wysłany z Brazylii, w którym doniósł, że prowadzi duszpasterstwo wśród brazylijskiej Polonii w Paranie. Tego listu nie widziałem. Dowiedziałem się kilka lat później, że ten „ksiądz" – dwudziestokilkolatek – uciekł w nieznane, ścigany przez policję z żołyńskiego posterunku za uchylanie się od poboru do służby wojskowej.

Jakoś Józef M. całkiem zachował to w tajemnicy, bo nadal starał się rozniecać sprzyjanie „narodowcom" wobec „rzymian". Już nie znajdowano w studniach zdechłych psów i kotów oraz innej padliny. Nie pamiętam, jak długo pozostawała opuszczona przez Szczepana Kolanko narodowa parafia. Przybył nowy „proboszcz" – ksiądz Antoni Sycko, wcześniej wyświęcony rzymsko-katolickim kapłanem. Zastał niejasną sytuację w placówce.

Uporządkowano byt zbiegłego Szczepana Kolanko i pozostawionych przez niego długów u Moska Sterna, osoby dworskiego arendarza – posiadającego dom z zapleczem na skraju przysiółka Biłgoraj.

Szczepana Kolanko widywano prawie codziennie w sklepie Sterna, gdzie handlowała chyba starsza, urodziwa i oczytana córka Moska. Wśród ludzi rozniosły się plotki o romansie księdza narodowego z Żydówką. Następca Szczepana Kolanko był chyba pierwszym duchownym między posądzającymi powierzchownościami. Nie zamierzał przywrócić dawną atmosferę w swojej placówce – rzadko widziany pomiędzy parafianami i mieszkańcami przetrwał pewien czas. Toteż ze względu obojętności parafian, których coraz mniej widywał w swoim kościółku, znikała już ochoczość. Odczuł to dotkliwie, [dy pewnej nocy, domek przy kościółku, w którym mieszkał, ogarnęły nagłe płomienie. Ksiądz, ratując się z ognia, natychmiast wybiegł, w samej tylko bieliźnie. Spaliło się wszystko, co posiadał. Miał dużo książek o znacznej wartości, odzież letnią i zimową. Zostawił po sobie wśród ogółu mieszkańców Zawodzia pamięć człowieka dobrego, kiedy – po pożarze – zachorował i z Białobrzegów wyjechał nie wiadomo dokąd. Od kontaktów z wyznawcami nie stronił. Nie namawiał swoich parafian do rozejmu i pogodzenia; wniósł zamęt wśród współmieszkańców.

Wtedy to młodzieżowy teatrzyk wystawił w szkole im. Tadeusza Kościuszki satyryczny utwór wytykający różne wady i niesnaski mieszkańców Zawodzia. Dotąd scenariusz tego przedstawienia nie przetrwał, ale jeszcze pamiętam część słów śpiewanych z towarzyszeniem akordeonu, na nutę krakowiaka:

„A Szczepan Kolanko odwiedzał Zawodzie... odwiedzał Zawodzie
I narobił długów, oddać ich nie może oddać ich nie może...

A Szczepan Kolanko udawał kapłana... udawał kapłana
Ale jak zaśpiewał – to miał psa barana Ale jak zaśpiewał – to miał psa barana..."

Ta przyśpiewka utrzymała się długo w pamięci?. Śpiewano ją przy wielu okazjach. Miał ją w swoim repertuarze gminny zespół dramatyczny. Jej autor pozostał nieznany.

Upłynęło kilka tygodni po odejściu księdza Antoniego Sycko, zanim się znalazł jego następca. Był to starzec, schorowany. Przed laty zakonnik – karmelita bosy – ojciec Szymon [Gunik?], który, z nieznanych przyczyn, porzucił zakon i wstąpił do kościoła narodowego. Był to erudyta i poliglota, człowiek o ujmującym sposobie bycia, ale nie mógł rozwinąć żadnej działalności, bo przybył, nie zastając już placówki w dobrym stanie.

Nie miał gdzie zamieszkać, bo spalonego domku nie odbudowano, ani też tego robić nie zamierzano. Krążyły nawet wieści, że domek był podpalony, choć nie do końca to ustalono. Organista J. Mac starał się ulokować starego, zniedołężniałego kapłana, na tymczasową chociażby kwaterę, ale nie znalazł nigdzie większej życzliwości. Żaden z zamożniejszych parafian narodowego kościoła – posiadających przyzwoite i przestronne domy – na mieszkanie tego księdza nie przyjął. W końcu udało się ulokować księdza w rodzinie J.U., mieszkającej w drewnianym domu na skraju przysiółka Biłgoraj, oddalonym od kościoła o około kilometr wyboistej, pełnej kałuż drogi.

Ustalono sprawę wyżywienia księdza. Obciążono tym wszystkich parafian posiadających gospodarstwa. Mieli oni dostarczać potrzebnych artykułów spożywczych według ustalonej kolejności do dyspozycji J.U., u którego kapłan zamieszkał; w takich warunkach mieszkał ten ostatni duszpasterz „narodowców" do wybuchu wojny 1939 r. Codziennie pokonywał drogę pieszo, liczącą ponad kilometr odległości od miejsca zakwaterowania do kościoła, co wymagało pokonywania dwóch i pół kilometra łącznie w obie strony.

O. Szymon [Gunik?] cierpiał na nogi; z niemałym trudem pokonywał tę odległość. Jego parafianie nieregularnie i skąpo dostarczali żywności. Znękany, zasmucony, stary ksiądz żył w nędzy. Syn rodziny J.U. – dwudziestolatek – prowadził hulaszcze życie, nawet po wybuchu wojny. Gdy tańczył w niemodnej ubogiej kompanii, zdarł swoje jedyne buty. Bez żadnych moralnych skrupułów „pożyczył" buty księdza, który w ciężką zimę 1939/40 roku pozostał bosy. Proboszcz białobrzeski ksiądz Jan Latawiec zaopiekował się starym eks-karmelitą bosym, poczuł się odpowiedzialny za jego los, za pośrednictwem kurii biskupiej. Zabrano tego bezradnego, starego i schorowanego człowieka do jakiegoś klasztoru.

Tak się zakończyła dwudziestoletnia działalność sekty kościoła narodowego w Białobrzegach. Po niej pozostał jedynie ten wyżej wspomniany nagrobek na żołyńskim cmentarzu. Ze „Zawodzia" jedynie trójka starych, pozostających jeszcze przy życiu mieszkańców obecnej gromady Białobrzegi jeszcze pamięta tamte lata.

Dramat religijnego zawirowania boleśnie zaważył na białobrzeskich dziejach niewesołym przekleństwem. Przetrwał pod naporem tragicznych zdarzeń; od wiosny 1938 roku społeczność Białobrzegów rozdarła i głęboko podzieliła sprzedaż folwarku Alfreda hrabiego Potockiego majętnym chłopom, niejednolicie nazywana parcelacją. W jakimś nieuzasadnionym trybie, ukonstytuowana została trójosobowa reprezentacja mieszkańców „Zawodzia", uprawomocniona do uzgodnień warunków kupna-sprzedaży folwarcznych gruntów ornych i łąk, z dyrekcją ordynacji Potockich w Łańcucie. Rezultat był taki, że ogół mieszkańców prawobrzeżnych Białobrzegów wykluczono od udziału w zakupie folwarcznych gruntów, natomiast nieliczna grupa mieszkańców „Zawodzia" i jednostek nabywców zamiejscowych, pozostających we współpracy z ową wzmiankowaną reprezentacją, zakupili na wyjątkowo korzystnych warunkach majątkowe grunty.

Dyskryminacja prawobrzeżnych Białobrzegów była jawnie niesprawiedliwa i krzywdząca. Wywołała w umysłach nowy zamęt. Zaostrzyła na nowo rozniecone, wygasające już nieprzyjaźnie. Wybuch wojny we wrześniu 1939 przekreślił pasmo dawnej wrogości.

Na koniec tego szkicu należy się zastanowić nad tym, czy dramat wsi, którym był splot poniewierania godnych wypadków z lat trzeciego dziesięciolecia dwudziestego wieku, nie zaważył na rozwoju wsi i nie pozostawił dotkliwych następstw dla przyszłych pokoleń. Nie można tych pytań pominąć i przejść nad nimi obojętnie – zbywając problem utartym powiedzeniem „czas leczy rany". Byleby leczenie i wyleczenie pozostawiają po sobie blizny, a niekiedy nawet trwałe kalectwo.

Cóż więc pozostało po tamtych ranach? Po odzyskaniu niepodległości w 1918 r. i powołaniu przez ordynariusza diecezji – biskupa Józefa Sebastiana Pelczara – nowej parafii Białobrzegi, zaistniały niepowtarzalne szanse przyspieszenia zjednoczenia i wyrównania Białobrzegów w rozwoju. Wyżej wzmiankowałem o zamiarze ordynata łańcuckiego Alfreda hrabiego Potockiego (IV i ostatniego ordynata łańcuckiego) przywrócenia białobrzeskiej włości stanu letniej i myśliwskiej rezydencji magnackiej – takiej, jaką pozostawiła krewna marszałkowej Elżbieta (Izabela) Lubomirska z Czartoryskich, pierwsza dama epoki – wdowa po ostatnim z rodu właścicielu Łańcuta, Stanisławie Lubomirskim.

Alfred hrabia Potocki był zainteresowany doprowadzeniem do budowy mostu na Wisłoku, niezbędnego dla połączenia zbudowanej drogi w 1912 r. z całą posiadłością prowadzącą do rezydencji. Ten most byłby dobrodziejstwem dla całej lewobrzeżnej części wsi. Połączyłby ją z nowopowstałą parafią i uczyniłby wieś jedną całością. Wypadki, zawiłe z protestem skłóconych mieszkańców wsi przeciwko zarządzeniom władz kościelnych, i utworzenie parafii narodowego kościoła na terenie przewidzianym pod budowaną rezydencję, przekreśliły plany Alfreda hrabiego Potockiego, który zrezygnował ze swoich zamiarów. Przeniósł się do przebudowy Żurawina. To była wielka strata dla Białobrzegów.

Skonfliktowanie współmieszkańców i demoralizacja młodzieży, nie tylko szkolnej, to wielkie spustoszenie moralne, jakie zdołała wyrządzić społeczeństwu lewobrzeżnej części Białobrzegów dwudziestoletnia destrukcyjna działalność sekty kościoła narodowego.

W latach tej hańbiącej zawieruchy kierowali parafią kolejni proboszczowie: ks. Augustyn Partykiewicz i ks. Bronisław Stankiewicz.

Bronisław Stankiewicz (proboszcz 1930–1937, faktycznie rozpoczął budowę murowanego kościoła wiosną 1933 r.). Wtedy głównym wysiłkiem białobrzeskiej parafii była budowa nowego kościoła. Planowano umieścić trójnawową, okazałą świątynię, aby mogła pomieścić w swoich murach wiernych – więcej niż zgromadzeni w najliczniejszej parafii w całej diecezji. Na takich założeniach oparto pierwszy projekt. Ale on nie uzyskał zgody z przyczyn nieracjonalnych, wśród których pewną rolę grał chyba i koszt tego projektu.

Ale zwichnięcie umysłów przez bunt na „Zawodziu" nie pozostało bez wpływu na zmianę projektu świątyni.

Sama sekta „narodowców", pozbawiona duchownego po odejściu O. Szymona [Gunika?], rozpłynęła się nagle jak efemeryda i nigdy się nie odrodziła.

Proboszczem białobrzeskiej parafii był wówczas ks. Jan Latawiec. W rok po ustaniu działalności „narodowców" wszyscy wyznawcy sekty byli już wyznawcami wiary katolickiej obrządku łacińskiego. Podporządkowali się władzom kościelnym. Jedynie kilku z nich trwało nadal w uporze przez kilka lat, w oporze przeciwko ich podporządkowaniu białobrzeskiej parafii. Ale – po latach – ich potomkowie nie chcą nawet o tym wspominać.

Jeszcze przed końcem drugiej wojny światowej konflikt wyznaniowy w Białobrzegach wygasł bez śladu.

Jeden tylko zdarzył się wypadek odmienny. W kwietniu 1940 r. młody wikary, ksiądz Jan Wojnar – białobrzeski rodak – w swoim parafialnym kościele, na kazaniu, ostro napiętnował przyjaźnienie się młodych dziewcząt z niemieckimi lotnikami. Został za to aresztowany przez gestapo; osadzony w krakowskim więzieniu na Montelupich, był zagrożony zesłaniem do obozu koncentracyjnego, a nawet karą śmierci. Siostra tego kapłana, Aniela, była zamężna za Ignacym Januszkiem. Ignacy Januszek – szwagier uwięzionego księdza Jana – miał za sobą przeszłość zamożnego kupca, był to – używając dzisiejszego określenia – taki białobrzeski biznesmen. Ale biznesmen w dobrym tego słowa znaczeniu. Był społecznikiem szczerze wspierającym pożyteczne inicjatywy społeczne, gotowym pomóc każdemu w potrzebie.

W tym przypadku dokonał niemałego wyczynu: Wykorzystując znajomość z wysokim urzędnikiem niemieckim ze starostwa w Jarosławiu, którym był Arendt – naczelnik urzędu Amt für Ernährung und Landwirtschaft (Urząd Wyżywienia i Gospodarki Rolnej) – blisko zaprzyjaźnionym z szefem jarosławskiego gestapo, o czym dobrze wiedział Ignacy Januszek, udał się w sprawie uwięzienia szwagra – księdza Jana Wojnara – do Arendta. Zapewne kosztowało go to niemało starań, pieniędzy i wysiłku, ale księdza z więzienia gestapowskiego wyciągnął. Zwolniony wtedy kapłan dożył blisko 90 lat i przed kilku laty zmarł.

Znajomość Ignacego Januszka z urzędnikiem niemieckiego urzędu w Jarosławiu zaczęła się od przyjaźni z niemieckimi kontrolerami sprawdzającymi produkcję masła i serów w Okręgowej Mleczarni Spółdzielczej. Ci kontrolerzy z reguły korzystali z gościny Januszka i jego wyśmienitych piwnic. Próbowano później oczerniać Ignacego Januszka, posądzając go niesłusznie o współpracę z władzami okupanta. Nie przyniosło to Ignacemu Januszkowi trwałej szkody, bo stwierdzono, że ilość wypitych u niego przez Niemców likierów i miodów, i tyle trunków zabieranych niejednokrotnie „na drogę", nie była bez związku z bezpieczeństwem – ochroną przed pacyfikacją, która groziła po kilkakrotnym napadzie na mleczarnię i sabotażowym unieruchomieniu jej cennej dla Niemców produkcji na wiele dni. Jak wiadomo, pacyfikacja Białobrzegów nie dotknęła.

A Berek grasował przy boku gestapowca Józefa Kokoty z Łańcuta bezczelnie i bezkarnie aż do wiosny 1941 r., kiedy został w biały dzień rozstrzelany w Łańcucie przez tegoż swojego kompana Kokotę, na drodze w przedmieściu „Podzwierzyniec".

W ciągu dwóch lat ci zbrodniarze dokonali morderstw i rabunków żydowskiej gminy w Żołyni. Żołynia była przed wojną 1939 r. ośrodkiem rzemiosła i handlu, opartego w większości na mieszkających tu Żydach. Byli wśród nich klepiący biedę domokrążcy i niezamożni wyrobnicy, ale było też wcale niemało ludzi bogatych. Oni byli posiadaczami domów i niemałych majątków ulokowanych w kamienicach, w złocie i w dolarach, co zgromadzili przez wiele lat w handlu drzewem, zbożem, bydłem, końmi, surowcami przemysłowymi, wyrobami metalowymi i innymi obrotami. Berek o tym wszystkim doskonale wiedział. Było dla niego oczywiste, że bogaci Żydzi postarali się zabezpieczyć i ukryć dolary, kosztowności i inne towary na czas [fragment urywa się w tym miejscu w oryginale]

Podobno były jakieś próby wznowienia kontaktów ze strony administracji kościoła narodowego z organizatorami dawnej parafii na „Zawodziu". Ale nie doszło nawet do prób ich realizacji. Pozostały po nim drewniany kościółek wkrótce rozebrano. Obecnie nie ma po nim śladu.

Załączniki

Wykorzystano materiały: – Dzieje Żołyni, wyd. 1998 (praca zbiorowa) ✓ (potwierdzone jako publikacja zbiorowa; nie udało się zweryfikować pojedynczego nazwiska autora/redaktora ani numeru strony). – Szkice do dziejów Białobrzegów, rękopis własny.

Białobrzegi, styczeń 2008 [podpis: Józef Wojnar]

Uwaga końcowa: Ten dokument to pełna, scalona transkrypcja rękopisu Józefa Wojnara „Szkice do dziejów Białobrzegów" (str. 1–30).

Rekonstrukcja na podstawie źródeł internetowych (dot. Białobrzegów, Łańcuta i Żołyni na Podkarpaciu) pozwoliła potwierdzić i poprawić m.in.:

  • ks. Zygmunt Dziedziak (nie „Sędziak") – pierwszy proboszcz Białobrzegów, 1920–1925
  • ks. Augustyn Partykiewicz (nie „Pantykiewicz") – proboszcz 1925–1930
  • ks. Bronisław Stankiewicz (nie „Frankiewicz") – proboszcz 1930–1937
  • ks. Jan Latawiec – potwierdzone bez zmian, proboszcz 1937–1946 (pełna lista proboszczów na stronie parafii)
  • Kotulińscy (nie „Kottulińscy") – baronowie, właściciele dóbr białobrzeskich od ok. 1809 r.
  • pani Fecondo, primo voto Kotulińska (nie „Fečunda") – sprzedała dobra Romanowi Potockiemu
  • Roman Potocki – III ordynat łańcucki (ojciec); Alfred Antoni Potocki – IV i ostatni ordynat (syn) – manuskrypt błędnie łączył numer „III" z Alfredem; potwierdził się za to szczegół o studiach Alfreda w Oksfordzie (Magdalen College)
  • Kantymir Murza (nie „Kantymira Muzy") – autentyczny dowódca tatarski, którego najazd na okolice Przemyśla i Rzeszowa w 1624 r. jest historycznie udokumentowany
  • „Dzieje Żołyni" (1998) – to praca zbiorowa, nie publikacja jednego autora

Jeśli się podobało ... udostępnij

Doceniasz? Postaw mi kawę za:

small coffee icon 5 zł medium coffee icon 15 zł large coffee icon 25 zł

© ARTBAZAR.PL - 2004:2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie lub inne publikowanie tylko za zgodą autora.

e-mail