Czasem miewam ochotę na róże rzeczy … Nie, nie nie będzie o “tych rzeczach”. Może innym razem. Dziś naszła mnie ochota na pizze i kufelek piwa. Ciepłe popołudnie i kobieta pod pachą, choć tyle oddechu. Niewiele myśląc wkroczyłem do jednego z sieciowych lokali. W oknie wielki plakat: “Pizza za 50 %” i inne tego typu pierdoły. Kulturalnie zaczynam od “Dzień dobry” i nawijam co też bym chciał …. hmmm … pani owszem odezwała się, cytuję “Klientów mam, muszę skasować … ” i wyszła zza lady w kierunku piwnego ogródka. Ja rozumiem, że nie grzeszę urodą a i w obliczu zaistniałej sytuacji począłem sprawdzać czy przez przypadek nie roztaczam jakiejś przykrej woni. Jednak nie. Ta pani po prostu tak ma.
Myślę sobie “wezmę na wynos” a browar zakupię w pobliskim sklepie. Odczekałem aż pani wróci za kontuar i rozpocząłem wyłuszczać swą prośbę.
- Pan zadzwoni na ten numer – pani podała mi ulotkę – to panu dowiozą.
Zbaraniałem i jakoś mimochodem spytałem:
- Mam zadzwonić przy pani do pani?
Okazała się, że zamówienia są odbierane gdzieś indziej a i pizza jest wożona z innej lokalizacji.
Innym razem stoję ja sobie w sklepie sieciowym, nie wspomnę marki ale nie był to supermarket. Rozglądam się bo kolejka z dziesięć osób a na trzy kasy tylko jedna czynna. No cóż, pomyślałem “oszczędzają na etatach” jednak w osłupienie wprawiła mnie pani sprzedawczyni, która obsługując klientów jedną ręką wyjadała łyżeczką coś z plastikowego pudełka. W tym momencie zrobiło mi się żal kobiety. Nie dość, że musi pracować za trzech to jeszcze nawet nie ma przerwy na posiłek. Gdy spojrzałem w głąb regałów dostrzegłem dwie osoby z obsługi w najlepsze roztrząsające jakiś wielce zabawny temat. Cała żałość i współczucie mi przeszło a w zamian poczułem jak żółć podchodzi mi do gardła.
Mógłbym takich scenek przedstawić jeszcze co najmniej kilkadziesiąt. Jednak myślę, że to wystarczy. Nadmienię tylko, że zdarzyło się to na dobrym osiedlu w Stolicy nie w jakiejś Pipidówie Dolnej. Powiem więcej, z własnego doświadczenia wiem, że w małych prywatnych sklepach na prowincji szybciej można usłyszeć zwykłe “dzień dobry”.
Mierne płace (szczególnie jak na Warszawę) i brak identyfikacji z pracodawcą, powodują totalną olewkę. Tak to w prosty sposób słoma z butów wyłazi co niektórym mieszkańcom Stolicy.
Z dnia na dzień mam coraz większą ochotę uciec do małego miasteczka.
