Rzeszów 2004-06-12
Zamknąłem oczy. Właściwie to powieki same opadły niczym zwolnione okienne rolety. Błoga ciemność zaczęła koić szamocący się umysł. Bardzo powoli, ale sukcesywnie, rozszalały mózg wyciszał się jak ulice małego miasta wraz z nadchodzącym zmierzchem.
Mogę zacząć zapominać – pomyślałem i uśmiechnąłem się w myślach. To był cholernie długi dzień, zbyt długi i zbyt męczący by starać się jeszcze coś przetrawić.
Nagle czerwona lampka. Gdzieś w jednym z ostatnich czynnych zakamarków umysłu – przygotować dane dla Kuby, jutro nie zdążę. Fakt, odwlekałem to od tygodnia a jutro ostatni termin. Już się nie wykręcę.
Pomimo olbrzymiej niechęci, powoli zacząłem wracać do rzeczywistości. Laptop jak zwykle, z wielką werwą, zmielił dyskiem. Parę linijek kodu. Obliczenia. Przegranie na CD i gotowe. Znów się okazało, że niechęć można przezwyciężyć. Jednak teraz to już nie to samo. Krótki wysiłek spowodował, że moje myśli znów zaczęły pędzić w trzystu kierunkach jednocześnie.
Hmmm, skoro wstałem i zacząłem coś robić to może jeszcze pchnę jakiś temat do przodu. Ale najpierw kawa. Chyba jej za dużo piję? Zdarzają się dni, gdy dochodzę do piętnastu kubków. Dawniej od zbyt duże ilości dostawałem kwasa w żołądku, ale odkąd zacząłem pić rozpuszczalną z mlekiem wszystko wróciło do normy. Co tam, jeszcze jednak kawa nie zaszkodzi.
Nalewając wody do elektrycznego czajnika rozważałem wszystkie rzeczy, które teoretycznie powinienem ograniczyć: kawa, papierosy – te najlepiej by było rzucić, piwo – po dwa piwa prawie co wieczór to nie jest dobra opcja. No i kontakty z kobietami.
Rozmyślania o własnych nałogach wprawiły mnie w frustracje i dobrze znane poczucie winy. Tym bardziej, że Iwona kiedyś zapytała wprost czy rzuciłbym dla nie fajki. Kto wie może wtedy by wróciła? Myśl o Iwonie, spowodowała eksplozję emocji. Nie cierpię tego uczucia. Kiedy wreszcie zacznę podchodzić do tego bez takich rozjazdów? Coś z tym muszę zrobić, bo to kompletnie mnie rozbija.
Galopadę myśli przerwało stuknięcie termostatu w czajniku.
Dzięki zimnemu mleku, kawę mogłem pić od razu po zrobieniu. Gorący płyn miło łechtał podniebienie i przełyk. Dla tego wrażenia warto pić ten brunatny napój, bo z racji na ilości wypijanej przeze mnie kawy efekt pobudzający właściwie nie występował. No może rano.
Mój wewnętrzny motor potrzebuje do rozruchu pół litra kawy i co najmniej trzech papierosów. Brak choćby jednego czynnika powoduje, że silnik kaszle i się krztusi przez parę godzin. Jednak w środku nocy nie potrzebuję rozruchu a raczej czegoś na wyhamowanie maszynerii, ale mimo wszystko nie miałem ochoty na herbatę. A tak swoją drogą, kiedy ja ostatni raz piłem herbatę? – pomyślałem – i uświadomiłem sobie, że nie pamiętam.
Życie to wielkie puzzle, które układamy z ludźmi napotkanymi na swej drodze. Ich elementy są tak małe, że nigdy nie wiemy czy przez przypadek kawałek z czyjejś paczki nie będzie pasował do naszej układanki. Z biegiem czasu obraz ujawnia kolejne szczegóły jednak tutaj już nie można wyjmować elementów, raz włożony pozostaje do końca. Każdy z nas liczy, że gdy dojdzie do końca będzie miał przed sobą arcydzieło. Nawet wtedy, gdy po trzydziestu paru latach życia nasz obrazek przypomina abstrakcję malowaną rękom nawiedzonego schizofrenika. Coraz częściej łapię się na tym, że moje dzieło, co rusz zmienia styl i kolorystykę. Kakofonia pełną gębą. Fragment z ostatnich kilkunastu lat, w mniemaniu ludzi obserwujących moje życie, powinie bić prostotą i harmonią. Jednak, podobnie jak wcześniej, obrazek kłuje kontrastami i nieoczekiwanymi postaciami oraz przedmiotami, których nie powinno na nim być.
Robert Węgrzyn