Sama zauważyłaś że wszystko jest dwuznaczne
Rozpęka się i drga niepewnie
Śmiałaś się gdy zacierałem ślady chodząc w kółko
Budując fundament solidny jak bebechy cyklopa
Co jakiś czas podawałaś mi rękę
Zapraszając na stały ląd
Sama chciałaś bym przestał kluczyć
Wspinać się po drabinach kolejnych ułud
Teraz znów tonę w Twoich łzach
Które zacierają moje ślady
Płytkie wgłębienia na piaszczystym brzegu przeznaczenia
Posty otagowane ‘motto’
Ślady
Na zdrowie
Wp.pl nie chało tego opublikować …
Pewnym paradoksem jest toast wznoszony przez Polaków, brzmiący niczym ironia. Bo co ma wspólnego zdrowie z alkoholem? Co wcale nie oznacza, że wypowiadający je ludzie nie mają dobrych intencji.
Podobnie sprawa wygląda z naszą służbą zdrowia. Z jednej strony wielu doskonałych specjalistów na światowym poziomie, oddanych lekarzy i pielęgniarek. Z drugie natomiast cała banda nieudaczników, złodziei i urzędasów bez wyobraźni. A jeśli ktoś uważa, że jest inaczej to albo jest ślepy albo niespełna rozumu.
Od wielu już lat, każdy kolejny minister zdrowia prowadzi wielką reformę, wprowadza cudowne rozwiązania i wytycza jedynie słuszne drogi rozwoju. Dzięki temu mamy totalny bajzel w naszej służbie zdrowia. A jak wiadomo bałagan i brak nadzoru to idealne warunki rozwoju choroby zwanej popularnie „Lewizna”.
W tym momencie trudno obwiniać którąkolwiek ze stron bo i z lewa i z prawa do całego tego bałaganu rękę dołożyli. Jedno jest jednak znamienne, za czasów ministra Łapińskiego, doszedł nowy element, choć może wcześniej trudno powiedzieć. Chodzi mianowicie o uporządkowanie „lewizny”. Bo jak można inaczej nazwać listę leków refundowanych. Przecież to nic innego jak lista notowań firm farmaceutycznych lub jak kto woli usystematyzowany wykaz „Kto da więcej”. Możliwe, że nikt żadnej łapówki nie brał ale faktem jest, że powstanie takiej listy to jakby sygnał dla producentów leków: Jak się zakręcisz to się wkręcisz. Przy totalnej konkurencji na rynku farmaceutycznym ceny nie stanowią żadnej płaszczyzny porównania. Doprawdy nie wiem jakie parametry powinny być brane pod uwagę bo nie jestem specjalistą ale wiem, że układanie takich list jest z założenia korupcjogenne. Jak do tego dodamy centralne zarządzanie ministerstwem itp. to widać jak na dłoni intencje autorów. No to na zdrowie … panowie.
Robert Węgrzyn
Jakub Anioł cz.2
Korytarz miła chyba z pięć kilometrów a do tego po drodze nie spotkałem żywego ducha, co w tej sytuacji wydało mi się bardzo adekwatna myślą. Gdyby nie numery na drzwiach i popalone żarówki, można by odnieść wrażenie, że się chodzi w kółko. Po godzinie forsownego marszu dotarłem do tak samo brudnych, złotawych drzwi. Już miałem zapukać, gdy z za drzwi usłyszałem stłumione głosy.
- Widzisz palancie co zrobiłeś? – piał jakiś podniesiony głos nieludzko wysokim falsetem – Się kuna nucz pisać. On się nazywa Anioł, Jarosław Anioł.
- Noo, wiem. Tylko ja napisałem w skrócie – tłumaczył się inny głos – napisałem jot kropka Anioł. To wyście skopali robotę i zgarnęliście bogu ducha winnego faceta.
- Ja ci kuna dam skopali. Nawaliłeś i teraz nie zwalaj na innych – ciągnął falsetem ten drugi – tylko wymyśl co ja mam z tym zrobić. Gość zaraz tu się przywlecze a ja nie mogę go ot, tak odesłać bo mi cyferki w księgach się nie zgodzą.
- To może podmianka? – z nadzieją odezwał się drugi głos.
- To byłoby wyjście gdybym wiedział gdzie jest jego stróż. Nie kontaktował się od ponad roku, a bez niego dupa zbita.
Stałem tak nasłuchując pod drzwiami i coraz bardziej docierało do mnie, że nie będzie łatwo.
- A co z tym waszym Jarosławem?
- No, przeżył. Mówią, że to cud.
- A jak mają mówić? Skoro gość wyszedł cało spod tramwaju.
Powoli zaczęło mi się wszystko klarować. Pojedyncze klocki wskakiwały na swoje miejsce. Jednak obrazek jaki się z tego wyłaniał nie napawał optymizmem. Nie wytrzymałem i zapukałem do drzwi.
- Wejść!
Uchyliłem niepewnie drzwi.
- Wchodźcie. Już dzwonili z bramy, że przyjdziecie – postać operująca wysokimi registrami była całkowitym przeciwieństwem poprzedniego urzędasa, przynajmniej w kwestii fizjonomii.
- Ja miałem się tu zgłosić – rzuciłem od drzwi, podając wymięty kwitek.
- Taaa – spojrzał znad grubych okularów poklejonych taśmą izolacyjną – obywatel Anioł.
- Dokładnie Jakub Anioł – dodałem, pamiętając podsłuchaną wymianę zdań.
- Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Może zacznę od tej dobrej – z namaszczeniem rozprawiał nadal przyglądając się przyniesionej przez mnie kartce – odeślemy was.
Chudzielec przysiadł na brzegu metalowego biurka nie pierwszej młodości. Z drugiego końca mebla, przyglądał mi się osobnik o nijakiej fizjonomii. Jedynie jego oczy, czarne jak węgle, przewiercały mnie do pięt.
- A jaka jest ta zła wiadomość? – spytałem z zaciekawieniem.
- Ta zła to taka, że nie możemy wysłać was w tej chwili. Mamy mały kłopot z waszym, że tak to ujmę, stróżem.
- A co z nim?
- I tu synu zasadza się sedno. Od ponad roku nie mamy o nim informacji a tylko na jego polecenie możemy cię odesłać.
- No, ale chyba jak mogliście mnie tu ściągnąć to i możecie odesłać? – zapytałem zmieszany, próbując zrozumieć logikę wywodu okularnika.
- To, że tu jesteście to była pomyłka. A żeby was odesłać, musze działać zgodnie z procedurami.
- To co ja mam zrobić?
- Wy nic nie możecie zrobić. Musicie poczekać, a my znajdziemy tego waszego, pożal się boże, opiekuna.
Okularnik odwrócił się do osobnika na końcu biurka.
- Do czasu aż nie znajdziemy jego stróża, ty się nim zajmiesz – i wskazał palcem na czarnookiego gościa.
- Szefie, ale ja już mam jednego. I to cholernego pechowca. Może przydzielić mu któregoś z nowych? – zaproponował z rozpaczą w głosie.
- Żeby go zgubił albo jeszcze co gorszego. Lepiej będzie jak będzie z tobą. Jak znajdziemy jego stróża to przynajmniej nie trzeba będzie każdego z was oddzielnie szukać.
Czarnooki spojrzał na mnie z dezaprobatą. Stanowczo nie podobał mu się pomysł szefa i nawet nie próbował tego ukrywać.
- Poza tym – ciągnął chudy – twój podopieczny przez najbliższe parę dni nic nie na fika leżąc w śpiączce. Koniec dyskusji. Zabieraj gościa ze sobą i won mi z oczu.
- Chodźcie za mną – powiedział czarnooki, ruszając w kierunku drzwi.
- Szefie. Mam dobre wieści – twarz, zlana potem wyrażała całe lizusostwo wszystkich światów, tych dobrych i tych złych.
- Gadaj gnido i nie wykręcaj tej swoje mordy bo mi się niedobrze robi. – mówiąc to splunął przez prawe ramię.
Długi na pięć stóp i wysoki na cztery, bazaltowy kominek dawał przyjemne ciepło. Stanowił także jedyne źródło światła w całym pomieszczeniu. Mangos zanurzył chudy palec w kryształowym kielichu pełnym czerwonego płynu. Zlizując napój, zmarszczył czoło i z odrazą spojrzał na posłańca.
- Wystękasz wreszcie o co chodzi, czym mam ci potrzymać te twoje śmierdzące giry w kominku – wycedził od niechcenia.
- O panie. Zbytek łaski. Już wszystko mówię – posłaniec padł na kolana i skulił się w sobie na samą myśl o przypiekaniu – właśnie byłem w Zonie, kiedy doszły mnie słuchy, że jest pacjent do przejęcia.
- Znasz namiary?- burknął z zainteresowaniem Mangos – Wiesz jak gościa ściągnąć.
- Nooo – zająknął się posłaniec – tak niecałkiem. Wiem tylko, że nazywa się Anioł. Jot Anioł.
- Jot to znaczy co? Jeremiasz? Judasz? Juza? A może Jezus? – Mamgos zarechotał pogardliwie – No gadaj pacanie.
- Nie wiem Panie. Wiem tylko że na jot i to wszystko.
- To się do stu tysięcy zjełczałych robali dowiedz – wrzasnął, nachylając się do przodu.
- Nie nerwuj się panie mój i władco – piskliwy głosik dobiegał spod wielkiego tronu i kupy skór w które okutany siedział Magnos – to ci szkodzi na wrzoda.
- Milcz gnido – Magnos nachylił się i wyciągnął spot swego tronu coś co przypominało karykaturę krzyżówki żaby z kotem.
- O wybacz panie żem sie ozwał – jęczał szkaradny stwór jednocześnie przebierając chudymi stopami – ja chciałem dobrze mój ty najświetniejszy.
W tym momencie Mangos z zamachem wyekspediował swego dziwacznego doradcę nad portyk kominka.
- Zbieraj te swoje zawszone gnaty i wywiedz się co to jot się oznacza. I nie wracaj tutaj póki się nie dowiesz bo inaczej przerobie cię na abażur.
- O wielki, już pędzę. Zrobię co w mojej mocy – posłaniec zaczął się wycofywać w kierunku drzwi.
Magnos zamknął oczy i zapadł w ulubioną drzemkę.
- Kiedyś ci oddam – wysyczał stwór przez zęby, próbując zejść z portyku.
Magnos nie otwierając oczu mruknął pod nosem – Słyszałem.
- ja nic nie mówiłem o mój wielki . Toooo – zająknął się Paskudek – to, wiatr w kominku – rzucił dumny ze swej rezolutności.
Ściany dawno już straciły jakikolwiek kolor. Małą pryczę stojącą pod przeciwległą ścianą, przykrywała szara narzuta pokryta dużą ilością kolorowych łat. Po lewej, niewielkie drzwi prowadziły do jakiegoś pomieszczenia. Poza łóżkiem był jeszcze drewniany stół i prosty zydelek.
- Tu będziesz mieszkał do czasu wyjaśnienia sprawy. I jeszcze jedno – podsnuł palec wskazujący i wycelował go w swoją pierś – nazywają mnie Surko.
- Jakub – wyciągnąłem dłoń w jego kierunku. Niepewnie podał mi chudą prawice – Co ja mam tu robić? – spytałem otwarcie.
- Nic. Czekać i tyle.
- Może macie tu jakieś książki albo filmy – spytałem w nadzieją w głosie.
- I jeszcze co? Takie rzeczy są tu zakazane. Jak chcemy poczytać to możemy to robić u was.
- U nas? To znaczy gdzie?
- U was. W waszym świecie. To wy wymyślacie te wszystkie rzeczy a my je tu adoptujemy. Przez to zawsze jesteśmy jedno pokolenie do tyłu z waszymi wynalazkami – rzucił z widoczną dezaprobatą i zazdrością. – Jak chcesz to na czwartą jestem umówiony na pokerka z kumplami. Zainteresowany?
- Hmmm – zamyśliłem się. Nie grałem w pokera od podstawówki – a o co gracie?
- Jak to o co? O dusze – Surko zarechotał i wyszedł. Sam nie wiem czy żartował czy mówił poważnie.
Po zmierzchu
Rzeszów 2004-06-12
Zamknąłem oczy. Właściwie to powieki same opadły niczym zwolnione okienne rolety. Błoga ciemność zaczęła koić szamocący się umysł. Bardzo powoli, ale sukcesywnie, rozszalały mózg wyciszał się jak ulice małego miasta wraz z nadchodzącym zmierzchem.
Mogę zacząć zapominać – pomyślałem i uśmiechnąłem się w myślach. To był cholernie długi dzień, zbyt długi i zbyt męczący by starać się jeszcze coś przetrawić.
Nagle czerwona lampka. Gdzieś w jednym z ostatnich czynnych zakamarków umysłu – przygotować dane dla Kuby, jutro nie zdążę. Fakt, odwlekałem to od tygodnia a jutro ostatni termin. Już się nie wykręcę.
Pomimo olbrzymiej niechęci, powoli zacząłem wracać do rzeczywistości. Laptop jak zwykle, z wielką werwą, zmielił dyskiem. Parę linijek kodu. Obliczenia. Przegranie na CD i gotowe. Znów się okazało, że niechęć można przezwyciężyć. Jednak teraz to już nie to samo. Krótki wysiłek spowodował, że moje myśli znów zaczęły pędzić w trzystu kierunkach jednocześnie.
Hmmm, skoro wstałem i zacząłem coś robić to może jeszcze pchnę jakiś temat do przodu. Ale najpierw kawa. Chyba jej za dużo piję? Zdarzają się dni, gdy dochodzę do piętnastu kubków. Dawniej od zbyt duże ilości dostawałem kwasa w żołądku, ale odkąd zacząłem pić rozpuszczalną z mlekiem wszystko wróciło do normy. Co tam, jeszcze jednak kawa nie zaszkodzi.
Nalewając wody do elektrycznego czajnika rozważałem wszystkie rzeczy, które teoretycznie powinienem ograniczyć: kawa, papierosy – te najlepiej by było rzucić, piwo – po dwa piwa prawie co wieczór to nie jest dobra opcja. No i kontakty z kobietami.
Rozmyślania o własnych nałogach wprawiły mnie w frustracje i dobrze znane poczucie winy. Tym bardziej, że Iwona kiedyś zapytała wprost czy rzuciłbym dla nie fajki. Kto wie może wtedy by wróciła? Myśl o Iwonie, spowodowała eksplozję emocji. Nie cierpię tego uczucia. Kiedy wreszcie zacznę podchodzić do tego bez takich rozjazdów? Coś z tym muszę zrobić, bo to kompletnie mnie rozbija.
Galopadę myśli przerwało stuknięcie termostatu w czajniku.
Dzięki zimnemu mleku, kawę mogłem pić od razu po zrobieniu. Gorący płyn miło łechtał podniebienie i przełyk. Dla tego wrażenia warto pić ten brunatny napój, bo z racji na ilości wypijanej przeze mnie kawy efekt pobudzający właściwie nie występował. No może rano.
Mój wewnętrzny motor potrzebuje do rozruchu pół litra kawy i co najmniej trzech papierosów. Brak choćby jednego czynnika powoduje, że silnik kaszle i się krztusi przez parę godzin. Jednak w środku nocy nie potrzebuję rozruchu a raczej czegoś na wyhamowanie maszynerii, ale mimo wszystko nie miałem ochoty na herbatę. A tak swoją drogą, kiedy ja ostatni raz piłem herbatę? – pomyślałem – i uświadomiłem sobie, że nie pamiętam.
Życie to wielkie puzzle, które układamy z ludźmi napotkanymi na swej drodze. Ich elementy są tak małe, że nigdy nie wiemy czy przez przypadek kawałek z czyjejś paczki nie będzie pasował do naszej układanki. Z biegiem czasu obraz ujawnia kolejne szczegóły jednak tutaj już nie można wyjmować elementów, raz włożony pozostaje do końca. Każdy z nas liczy, że gdy dojdzie do końca będzie miał przed sobą arcydzieło. Nawet wtedy, gdy po trzydziestu paru latach życia nasz obrazek przypomina abstrakcję malowaną rękom nawiedzonego schizofrenika. Coraz częściej łapię się na tym, że moje dzieło, co rusz zmienia styl i kolorystykę. Kakofonia pełną gębą. Fragment z ostatnich kilkunastu lat, w mniemaniu ludzi obserwujących moje życie, powinie bić prostotą i harmonią. Jednak, podobnie jak wcześniej, obrazek kłuje kontrastami i nieoczekiwanymi postaciami oraz przedmiotami, których nie powinno na nim być.
Robert Węgrzyn
Dziewczyny z St. Jones
Shanta z dawnych lat
Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.




