Korytarz miła chyba z pięć kilometrów a do tego po drodze nie spotkałem żywego ducha, co w tej sytuacji wydało mi się bardzo adekwatna myślą. Gdyby nie numery na drzwiach i popalone żarówki, można by odnieść wrażenie, że się chodzi w kółko. Po godzinie forsownego marszu dotarłem do tak samo brudnych, złotawych drzwi. Już miałem zapukać, gdy z za drzwi usłyszałem stłumione głosy.
- Widzisz palancie co zrobiłeś? – piał jakiś podniesiony głos nieludzko wysokim falsetem – Się kuna nucz pisać. On się nazywa Anioł, Jarosław Anioł.
- Noo, wiem. Tylko ja napisałem w skrócie – tłumaczył się inny głos – napisałem jot kropka Anioł. To wyście skopali robotę i zgarnęliście bogu ducha winnego faceta.
- Ja ci kuna dam skopali. Nawaliłeś i teraz nie zwalaj na innych – ciągnął falsetem ten drugi – tylko wymyśl co ja mam z tym zrobić. Gość zaraz tu się przywlecze a ja nie mogę go ot, tak odesłać bo mi cyferki w księgach się nie zgodzą.
- To może podmianka? – z nadzieją odezwał się drugi głos.
- To byłoby wyjście gdybym wiedział gdzie jest jego stróż. Nie kontaktował się od ponad roku, a bez niego dupa zbita.
Stałem tak nasłuchując pod drzwiami i coraz bardziej docierało do mnie, że nie będzie łatwo.
- A co z tym waszym Jarosławem?
- No, przeżył. Mówią, że to cud.
- A jak mają mówić? Skoro gość wyszedł cało spod tramwaju.
Powoli zaczęło mi się wszystko klarować. Pojedyncze klocki wskakiwały na swoje miejsce. Jednak obrazek jaki się z tego wyłaniał nie napawał optymizmem. Nie wytrzymałem i zapukałem do drzwi.
- Wejść!
Uchyliłem niepewnie drzwi.
- Wchodźcie. Już dzwonili z bramy, że przyjdziecie – postać operująca wysokimi registrami była całkowitym przeciwieństwem poprzedniego urzędasa, przynajmniej w kwestii fizjonomii.
- Ja miałem się tu zgłosić – rzuciłem od drzwi, podając wymięty kwitek.
- Taaa – spojrzał znad grubych okularów poklejonych taśmą izolacyjną – obywatel Anioł.
- Dokładnie Jakub Anioł – dodałem, pamiętając podsłuchaną wymianę zdań.
- Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Może zacznę od tej dobrej – z namaszczeniem rozprawiał nadal przyglądając się przyniesionej przez mnie kartce – odeślemy was.
Chudzielec przysiadł na brzegu metalowego biurka nie pierwszej młodości. Z drugiego końca mebla, przyglądał mi się osobnik o nijakiej fizjonomii. Jedynie jego oczy, czarne jak węgle, przewiercały mnie do pięt.
- A jaka jest ta zła wiadomość? – spytałem z zaciekawieniem.
- Ta zła to taka, że nie możemy wysłać was w tej chwili. Mamy mały kłopot z waszym, że tak to ujmę, stróżem.
- A co z nim?
- I tu synu zasadza się sedno. Od ponad roku nie mamy o nim informacji a tylko na jego polecenie możemy cię odesłać.
- No, ale chyba jak mogliście mnie tu ściągnąć to i możecie odesłać? – zapytałem zmieszany, próbując zrozumieć logikę wywodu okularnika.
- To, że tu jesteście to była pomyłka. A żeby was odesłać, musze działać zgodnie z procedurami.
- To co ja mam zrobić?
- Wy nic nie możecie zrobić. Musicie poczekać, a my znajdziemy tego waszego, pożal się boże, opiekuna.
Okularnik odwrócił się do osobnika na końcu biurka.
- Do czasu aż nie znajdziemy jego stróża, ty się nim zajmiesz – i wskazał palcem na czarnookiego gościa.
- Szefie, ale ja już mam jednego. I to cholernego pechowca. Może przydzielić mu któregoś z nowych? – zaproponował z rozpaczą w głosie.
- Żeby go zgubił albo jeszcze co gorszego. Lepiej będzie jak będzie z tobą. Jak znajdziemy jego stróża to przynajmniej nie trzeba będzie każdego z was oddzielnie szukać.
Czarnooki spojrzał na mnie z dezaprobatą. Stanowczo nie podobał mu się pomysł szefa i nawet nie próbował tego ukrywać.
- Poza tym – ciągnął chudy – twój podopieczny przez najbliższe parę dni nic nie na fika leżąc w śpiączce. Koniec dyskusji. Zabieraj gościa ze sobą i won mi z oczu.
- Chodźcie za mną – powiedział czarnooki, ruszając w kierunku drzwi.
- Szefie. Mam dobre wieści – twarz, zlana potem wyrażała całe lizusostwo wszystkich światów, tych dobrych i tych złych.
- Gadaj gnido i nie wykręcaj tej swoje mordy bo mi się niedobrze robi. – mówiąc to splunął przez prawe ramię.
Długi na pięć stóp i wysoki na cztery, bazaltowy kominek dawał przyjemne ciepło. Stanowił także jedyne źródło światła w całym pomieszczeniu. Mangos zanurzył chudy palec w kryształowym kielichu pełnym czerwonego płynu. Zlizując napój, zmarszczył czoło i z odrazą spojrzał na posłańca.
- Wystękasz wreszcie o co chodzi, czym mam ci potrzymać te twoje śmierdzące giry w kominku – wycedził od niechcenia.
- O panie. Zbytek łaski. Już wszystko mówię – posłaniec padł na kolana i skulił się w sobie na samą myśl o przypiekaniu – właśnie byłem w Zonie, kiedy doszły mnie słuchy, że jest pacjent do przejęcia.
- Znasz namiary?- burknął z zainteresowaniem Mangos – Wiesz jak gościa ściągnąć.
- Nooo – zająknął się posłaniec – tak niecałkiem. Wiem tylko, że nazywa się Anioł. Jot Anioł.
- Jot to znaczy co? Jeremiasz? Judasz? Juza? A może Jezus? – Mamgos zarechotał pogardliwie – No gadaj pacanie.
- Nie wiem Panie. Wiem tylko że na jot i to wszystko.
- To się do stu tysięcy zjełczałych robali dowiedz – wrzasnął, nachylając się do przodu.
- Nie nerwuj się panie mój i władco – piskliwy głosik dobiegał spod wielkiego tronu i kupy skór w które okutany siedział Magnos – to ci szkodzi na wrzoda.
- Milcz gnido – Magnos nachylił się i wyciągnął spot swego tronu coś co przypominało karykaturę krzyżówki żaby z kotem.
- O wybacz panie żem sie ozwał – jęczał szkaradny stwór jednocześnie przebierając chudymi stopami – ja chciałem dobrze mój ty najświetniejszy.
W tym momencie Mangos z zamachem wyekspediował swego dziwacznego doradcę nad portyk kominka.
- Zbieraj te swoje zawszone gnaty i wywiedz się co to jot się oznacza. I nie wracaj tutaj póki się nie dowiesz bo inaczej przerobie cię na abażur.
- O wielki, już pędzę. Zrobię co w mojej mocy – posłaniec zaczął się wycofywać w kierunku drzwi.
Magnos zamknął oczy i zapadł w ulubioną drzemkę.
- Kiedyś ci oddam – wysyczał stwór przez zęby, próbując zejść z portyku.
Magnos nie otwierając oczu mruknął pod nosem – Słyszałem.
- ja nic nie mówiłem o mój wielki . Toooo – zająknął się Paskudek – to, wiatr w kominku – rzucił dumny ze swej rezolutności.
Ściany dawno już straciły jakikolwiek kolor. Małą pryczę stojącą pod przeciwległą ścianą, przykrywała szara narzuta pokryta dużą ilością kolorowych łat. Po lewej, niewielkie drzwi prowadziły do jakiegoś pomieszczenia. Poza łóżkiem był jeszcze drewniany stół i prosty zydelek.
- Tu będziesz mieszkał do czasu wyjaśnienia sprawy. I jeszcze jedno – podsnuł palec wskazujący i wycelował go w swoją pierś – nazywają mnie Surko.
- Jakub – wyciągnąłem dłoń w jego kierunku. Niepewnie podał mi chudą prawice – Co ja mam tu robić? – spytałem otwarcie.
- Nic. Czekać i tyle.
- Może macie tu jakieś książki albo filmy – spytałem w nadzieją w głosie.
- I jeszcze co? Takie rzeczy są tu zakazane. Jak chcemy poczytać to możemy to robić u was.
- U nas? To znaczy gdzie?
- U was. W waszym świecie. To wy wymyślacie te wszystkie rzeczy a my je tu adoptujemy. Przez to zawsze jesteśmy jedno pokolenie do tyłu z waszymi wynalazkami – rzucił z widoczną dezaprobatą i zazdrością. – Jak chcesz to na czwartą jestem umówiony na pokerka z kumplami. Zainteresowany?
- Hmmm – zamyśliłem się. Nie grałem w pokera od podstawówki – a o co gracie?
- Jak to o co? O dusze – Surko zarechotał i wyszedł. Sam nie wiem czy żartował czy mówił poważnie.