RSS
 

Archiwum kategorii ‘Opowiadania’

Krzyżacy na usługach PiS

04 do sierpnia

Może zacznijmy tak …

Gdzieś nad Styksem czy też pod wielką bramą, urzędował gość w naszych czasach często zwany cieciem. Jak zwał tak zwał, do jego obowiązków należało weryfikowanie tych co chcieli na drugą stronę bo na ziemskim padole się im licznik przekręcił. Coś jak przy wejściu do klubu. Mięsisty pan bez karku lustruje cię i decyduje czy jesteś godzien wstąpić w progi przybytku rozrywki i nie daj boże (nomen omen) abyś na nogach miał adidasy. Jednak wróćmy do naszej opowiastki. Dla ułatwienia przyjmijmy wersję europejską.

Przed wielką złota bramą stanął papież. Zeszło się chłopu na ziemskim padole i do bram szefa zastukał. Święty Piotr (chłop musi się przebierać w zależności od tego kto zastuka) z długa siwą brodą, grzmiącym głosem zapytał:

- Ktoś ty synu jest i czego chcesz?

- Jestem papieżem, namiestnikiem Boga na Ziemi.

Święty Piotr poczochrał długą, sztuczną brodę lekko skonsternowany. Nie za bardzo wiedząc co zrobić, kazał poczekać petentowi i udał się do szefa.

- Szefie. Przed bramą stoi jakiś gość i twierdzi, że jest Twoim namiestnikiem na Ziemi. Co ja mam z nim zrobić?

Szef spojrzał na swego odźwiernego i drapiąc się po łysinie rzekł:

- Hmmm, o namiestnikach nic nie wiem ale ja na Ziemi to byłem dawno temu, może Młody coś wie, znaczy się syn. Trzeba go zawołać i spytać.

Po chwili do biura wpadł długowłosy młodzieniec koło trzydziestki.

- Cze, ojciec. Co tam znowu?

- Synu. Przed bramą stoi jakiś gość i twierdzi, że jest moim namiestnikiem na Ziemi. Wiesz coś o tym?

- Powiem szczerze że nie kojarzę ale zaraz sam pójdę i sprawdzę o co chodzi.

Po jakimś czasie wraca syn rechocząc aż łzy do oczu mu napłynęły.

- I co synu? Wiesz już o co chodzi?

- Ojcze poczekaj. – Rzucił Syn ocierając łzy wierzchem dłoni. – Pamiętacie jak dwa tysiące lat temu założyłem pierwsze kółko wędkarskie na Ziemi?

- No dawno było ale coś kojarzę. – Odparł zniecierpliwiony szef.

- Nie uwierzycie – na bezdechu zaczął tłumaczyć syn – oni nadal to ciągną i rozkręcili to na wszystkie kontynenty.

I to by było na tyle jeśli chodzi o opowiastki. Teraz może popatrzmy z tej perspektywy na ekstremistów pod pałacem prezydenckim. Ludzi, którzy tak mocno uwierzyli w ekstrema i odrzucili logiczne myślenie, że dla idei są skłonni nawet stracić życie czy zdrowie. Nawet księża już dla nich nic nie znaczą. Oni wierzą w swoje ekstremalne idee. Nie istnieje już logiczne myślenie, nie istnieje nawet wiara, miłość bliźniego, przebaczenie. Nic nie istnieje dla tych ludzi. Liczy się tylko idea fix, którą podsycają politycy PiS bo jest to woda na ich młyn. Jest mi szkoda tych ludzi pod krzyżem. Dają się wykorzystywać w politycznej rozgrywce partii politycznej jak bezrozumne narzędzie. PiS coraz bardziej zaczyna przypominać LPR i Samoobronę. Populizm i wykorzystywanie każdej okazji aby zaistnieć lub namieszać.

 

Osobisty prezent

23 do marca

Jak się człowiek zasugeruje … :-)

Cholera już trzecia – pomyślałem – spoglądając na czarna tarczę wodoszczelnego zegarka z kompasem. Znów się zasiedziałem nad projektem a jutro rano musze pędzić na spotkanie. Niewiele się zastanawiając  zamknąłem edytor i odpaliłem program pocztowy. To chyba już choroba, ale sprawdzam pocztę co 2-3 godziny. Tak to jest gdy się pracuje w Internecie.

Jedna wiadomość. Ana666. Nagle sen odszedł w zapomnienie. W głowie zabulgotało i rozpoczął się serial wspomnień. Wspólne popołudnia po pracy, papierosy na balkonie firmowym. Spojrzenia gdy odchodziła długim korytarzem do swojego boksu. Ostatnio udało nam się spotkać przez przypadek na spotkaniu biznesowym u klienta. Po dwóch latach bez jakiegokolwiek kontaktu. Otworzyłem wiadomość. Zaledwie kilka słów – Byłam na Twoje stronie. Pięknie piszesz, ale dlaczego Twoje wiersze są takie smutne? Czy piszesz czasem cos pozytywnego? – Podpisane – Ana.

Długo zwiedzałem zakątki mojego łóżka nim udało mi się zasnąć.

Rano, po spotkani nie wytrzymałem. Odpaliłem komputer i zacząłem pisać. Wbijając sobie do głowy – Ma być pozytywnie. Ma być wesoło. Ma być radośnie. Ma być dla Niej.

Wziąłem do ręki gitarę i zacząłem bezwiednie szukać akordów do słów. Jakoś samo się zaczęło kleić. Słowa powoli zaczęły tworzyć obrazy. Płynąć z muzyką. Jeszcze tylko refren. Coś pozytywnego.

I pójdziemy razem po łąkach,

Poszukamy straconych chwil,

Pozwolimy duszom się błąkać,

Na krawędzi naszych dni,

Uciekniemy na tych chwil parę,

Gdzie wskazówek zegarom brak,

Pozwolimy swym snom zaszaleć,

Ulepimy z nich nowy świat.

Audio clip: Adobe Flash Player (version 9 or above) is required to play this audio clip. Download the latest version here. You also need to have JavaScript enabled in your browser.

A-mol, D-mol, G-dur, D-dur. Proste, ale nieźle brzmi.  Prześpiewałem kilka razy i uruchomiłem kłębowisko kabli i  elektronicznych kostek obok fotela. Zgranie całości zajęło mi zaledwie pół godziny. O pierwszej po południ miałem gotową mp-trójkę. Pełen nadziei i dumy wysłałem materiał do Any. Dodałem krótkie P.S. – pamiętasz nasze piwka pod PeKiNem ;-)? Niech ten kawałek będzie moim prezentem świątecznym dla Ciebie. Buziaki – zakończyłem z uśmiechem na twarzy.

16:23 – email od Ana666:

„… to z tym PeKiNem, to chyba jakaś pomyłka J, chyba nie ja byłam Twoim natchnieniem? Z tego co wiem to się nie znamy…”

 

Dobry dzień

22 do marca

2008-07-02

Jazgot zbliżających się myśliwców wwiercał się w mój mózg aż po sam hipokamp… Odruchowo padłem na ziemię i w tym momencie zobaczyłem biały sufit i zielone ściany, warkot myśliwców zmienił nieco tonację i właśnie uświadomiłem sobie, że to cholerna kosiarka do trawy za oknem. Z uwagi, że nadal pomieszkuję na parterze, moja sypialnia znajdowała się zaledwie kilka metrów od diabelskiej maszyny żarłocznie pożerającej przyblokową zieleń. Spojrzałem na komórkę … cholera, jaki idiota kosi trawę o 6:30 rano. Takie życie – pomyślałem i ruszyłem w kierunku łazienki.
Jasna cholera – aż syknąłem z bólu – byłem przekonany, że wyjąłem szkło które wczoraj rano wbiłem sobie w nogę. Zgrzytając zębami usiadłem na wannie i rozpocząłem operację. Wredny kawałeczek był wielce mały za to ciął jak turecki pałasz. Z pomocą pincety i dużej ilości samozaparcia wyjąłem świństwo z nogi. Okolice wanny zaczęły przypominać rzeźnię. Uff, już po bólu. Wstałem by odłożyć moje prowizoryczne narzędzia chirurgiczne gdy poczułem utratę kontaktu z podłożem a przed oczami z nagła pojawił się sufit. Leżąc na mokrych kafelkach uświadomiłem sobie, że pośliznąłem się na wodzie i krwi skapujących z moje rannej nogi.
Zakląłem szpetnie i dokończyłem poranne ablucje. Czasem bywają gorsze dni – pomyślałem susząc włosy moją miniaturową suszarką – poprzednia zakończyła żywot po 6 latach ciężkiej służby – gdy nagle poczułem swąd palonego ciała i ogień w wylocie suszarki. Moje wyleniałe pióra o długości nieco większej niże pasowałoby posiadać w moim wieku, wkręciły się w tył suszarki. Z miną spłoszonego łosia, gapiłem się na idiotę spoglądającego z lustra z przyczepioną w dziwny sposób suszarką do głowy. Uważając by nie pozbyć się resztek grzywy, spokojnie i bez nerwów uwolniłem się z elektrycznego włosożercy.
Podążając w kierunku kuchni, mimowolnie spojrzałem na kalendarz. Nie, nie, nie! Krzyknąłem w duchu. Dwunasty, czwartek. Musicie wiedzieć, że nigdy dla mnie nie był pechowy trzynasty, piątek a zawsze dzień wcześniej. Podwoiłem czujność. Z pewną rezerwą wziąłem w dłoń nóż do chleba.
Zakończywszy robienie kanapek oddychnąłem z ulgą – miałem wszystkie palce i żadnego dodatkowego otworu w organizmie. Zabrałem się za robienie jajecznicy. Jak myślicie które jajko było zepsute? Kto powiedział trzecie wygrywa lutownice.
Siedzę teraz nad bułką z serwem, bo jedno jajo zrobiło swoje i jajecznica się nie nadawała do konsumpcji. Przez myśl przeszło mi by nie wychodzić z domu, choć z drugiej strony widziałem w jakiejś reklamie że osiem na dziesięć wypadków zdarza się w domu.
Z pewnym niepokojem popatrzyłem na pękające od 2 lat ściany mojego mieszkania.

 

Dobrydzień

23 do lutego

Jazgot zbliżających się myśliwców wwiercał się w mój mózg aż po sam hipokamp. Odruchowo padłem na ziemię i w tym momencie zobaczyłem biały sufit i zielone ściany. Warkot myśliwców zmienił nieco tonację i właśnie uświadomiłem sobie, że to cholerna kosiarka do trawy za oknem. Z uwagi, że nadal pomieszkuję na parterze, moja sypialnia znajdowała się zaledwie kilka metrów od diabelskiej maszyny żarłocznie pożerającej przyblokową zieleń. Spojrzałem na komórkę  – cholera, jaki idiota kosi trawę o 6:30 rano.

Takie życie – pomyślałem i ruszyłem w kierunku łazienki.

Jasna cholera – aż syknąłem z bólu – byłem przekonany, że wyjąłem szkło które wczoraj rano wbiłem sobie w nogę. Zgrzytając zębami usiadłem na wannie i rozpocząłem operację. Wredny kawałeczek był wielce mały za to ciął jak turecki pałasz. Za pomocą pincety i dużej ilości samozaparcia wyjąłem świństwo z nogi. Okolice wanny zaczęły przypominać rzeźnię. Uff, już po bólu. Wstałem by odłożyć moje prowizoryczne narzędzia chirurgiczne gdy poczułem utratę kontaktu z podłożem a przed oczami z nagła pojawił się sufit. Leżąc na mokrych kafelkach dotarło do mnie, że pośliznąłem się na wodzie i krwi skapujących z moje rannej nogi.

Zakląłem szpetnie i dokończyłem poranne ablucje. Czasem bywają gorsze dni – pomyślałem susząc włosy moją miniaturową suszarką – poprzednia zakończyła żywot po 6 latach ciężkiej służby – gdy nagle poczułem swąd palonego ciała i ogień w wylocie suszarki. Moje wyleniałe pióra o długości nieco większej niże pasowałoby posiadać w moim wieku, wkręciły się w tył suszarki. Z miną spłoszonego łosia, gapiłem się na idiotę spoglądającego z lustra z przyczepioną w dziwny sposób suszarką do głowy. Uważając by nie pozbyć się resztek grzywy, spokojnie i bez nerwów uwolniłem się z elektrycznego włosożercy.
Podążając w kierunku kuchni, mimowolnie spojrzałem na kalendarz. Nie, nie, nie! Krzyknąłem w duchu. Dwunasty, czwartek. Musicie wiedzieć, że nigdy dla mnie nie był pechowy trzynasty, piątek a zawsze dzień wcześniej. Podwoiłem czujność. Z pewną rezerwą wziąłem w dłoń nóż do chleba.

Zakończywszy robienie kanapek odetchnąłem z ulgą – miałem wszystkie palce i żadnego dodatkowego otworu w organizmie. Zabrałem się za robienie jajecznicy. Jak myślicie które jajko było zepsute? Kto powiedział trzecie wygrywa lutownicę.
Siedzę teraz nad bułką z serwem, bo jedno jajo zrobiło swoje i jajecznica się nie nadawała do konsumpcji. Przez myśl przeszło mi by nie wychodzić z domu, choć z drugiej strony widziałem w jakiejś reklamie że osiem na dziesięć wypadków zdarza się w domu.
Z pewnym niepokojem popatrzyłem na pękające od 2 lat ściany mojego mieszkania.

 

Meldunek – czyli jak z puntu A do punktu B

23 do lutego

- Książeczka!

- Jaka książeczka? Nijak  nie mogłem skojarzyć o co chodzi matronie okupującej skrzypiące krzesło za kontuarem z płyty meblowej pamiętającej wczesne czasy towarzysza Gierka.

- Wojskowa, panie. Wojskowa. Bez tego pana nie wymelduję – z ust matrony zaczęła kruszyć się kaszmirowa szminka. No może przesadzam ale niewiele brakowało.

- Ja, nie mam książeczki wojskowej. No kiedyś miałem … -  zacząłem się tłumaczyć jak szczeniak – - Ostatni raz widziałem ją z dziesięć lat temu. Czy to konieczne? A nie da się tak bez książeczki? – z nadzieją, zacząłem zmieniać głoś na bardziej przyjazny.

- Wymeldować ewentualnie pana mogę – łaska opanowała tembr głosu urzędniczki.

Kamień spadł mi z serca – Może się udał – pomyślałem – przecież specjalnie po to przyjechałem z Warszawy do Rzeszowa.

- Wypełni pan ten druczek i pójdzie z nim do pokoju czternaście, a jak zweryfikują to wróci pan do mnie po potwierdzenie – matrona za ladą machnęła swoja tlenioną blond szopą i zaczęła coś gryzmolić w papierach, jakbym nigdy nie istniał.

Po spędzeniu dwóch godzin w różnych pokojach wróciłem do blond divy.

- Chyba mam już wszystko – powiedziałem, kładąc stosik papierków na ladzie.

- Nie ma pan książeczki wojskowej – z wyższością w głosie i złowieszczym grymasie na wytynkowanej twarzy odpaliła matrona.

- Ale przecież, pani mówiła …

- No już dobra, znaj pan dobre serce urzędnika państwowego – matrona szczytowała.

W niespełna dziesięć minut później posiadałem upragniony świstek, choć jego format w niczym nie odzwierciedlał trudów pozyskania. W mej dłoni tkwił papierek formatu pocztówki ale wtedy wydawało mi się, że posiada moc bomby atomowej.

Nie podejrzewałem, że to tylko preludium do klasycznej tragedii, niekonwencjonalnie w więcej niż trzech aktach.

***

Stołeczny ratusz dzielnicy prezentował się o niebo współcześniej od szarych murów urzędu na Podkarpaciu. Wszędzie marmury, szkło i fikuśne oświetlenie wymuszały w człowieku poczucie skruchy i uniżoności. Kontem oka dostrzegłem zewnętrze stalowo-szklane windy. Po prostu Wersal.

Nacisnąłem przycisk celem pobrania numerka, jak głosiła tabliczka informacyjna. Z cichym zgrzytem, maszyna wystawiła mi papierowy język zapaćkany czarnym tuszem, skojarzyła mi się natychmiast z ołówkami kopiowymi, które po poślinieniu zmieniały się w długopis. Numer C246 – przeczytałem. Spojrzałem na tablice informacyjne. Aktualnie obsługiwany numer nie przekroczył drugiej setki. Szybko przeliczyłem, iż cztery okienka razy pięć minut na petenta, sześćdziesięciu petentów to daje … Jakieś półtorej godziny. Nieźle – pomyślałem – i wyszedłem zapalić by ukoić rozedrgane myśli.

Po odsiedzeniu dwóch godzin, które w tej sytuacji wydawały się wiecznością, ujrzałem swój numerek błyskający nad stanowiskiem numer trzy.

- Dzień dobry. Chciałem się zameldować. – nauczony perypetiami w Rzeszowie, uwaliłem uśmiech numer sześć, celem podniesienia poziomu życzliwości.

- Dowód, odpis z ksiąg wieczystych, akt notarialny i książeczka wojskowa. No i dokument wymeldowania. – stanowczo muszę potrenować tą szóstkę, bo wielka mamuśka za szybą z niewzruszona twarzą wycelowała we mnie swój nadmiarowy biust wachlując posklejanymi rzęsami.

- Czy ta książeczka wojskowa to koniecznie musi być? Przecież za parę miesięcy będziemy mieli zawodową armie. – z nadzieją w głosie zagadnąłem urzędniczkę, podając jednocześnie stosik innych dokumentów.

- Musi, takie przepisy. Ja nie jestem od tego by się zastanawiać czy to logiczne czy nie – warknęła  – a poza tym wypis musi być aktualny. O i wymeldowanie jest już nieaktualne.

Zbaraniałem – Jak to nieaktualne? Przecież to potwierdzenie, że się wymeldowałem, zawsze powinno być aktualne – zdziwienie w moim głosie chyba lekko rozdrażniło urzędniczkę.

- A skąd mam wiedzieć, że się pan już gdzieś nie zameldował. Weźmie pan formularze z Informacji przy wejściu a potem uzupełni pozostałe dokumenty to ewentualnie się zastanowimy nad tym wymeldowaniem – mamuśka przysiadła na obrotowym krześle, które głośnym zgrzytem zaprotestowało przeciw nadmiernemu obciążeniu.

Nad okienkiem zapalił się kolejny numerek.

Z głupia miną i kompletnie rozbieganymi myślami przystanąłem na środku korytarza. To jakaś paranoja – wymruczałem pod nosem.

Gdy wróciłem do domu, w mej głowie skrystalizował się chytry plan. Zadzwonię do WKU w Rzeszowie i poproszę by przesłali dokumenty do Warszawy. Przecież wojsko mamy jedno. Jednak nic nie może pójść gładko jeżeli istnieją bardziej negatywne scenariusze.

- Czy może pan przesłać moje dokumenty do WKU w Warszawie?- starałem się nie prowokować sierżanta po drugiej stronie słuchawki.

- Nie, synu. Procedury. Jak się zameldujesz w Warszawie, twoje papiery znajdą się w Warszawie – głos wojaka był tak sztywny, że obawiałem się cokolwiek powiedzieć by się biedak nie połamał. Jednak nie wytrzymałem.

- Ale ja nie mogę się zameldować bez książeczki wojskowej.

- I tu się synu kółko zamyka – nadmienił przytomnie obywatel sierżant.

- To co ja mogę zrobić? – zagadnąłem, mając nadzieję na jakieś salomonowe wyjście.

- Ruszyć, szlachetną i zameldować się u mnie to się zrobi duplikat.

- Do Rzeszowa jest 330 kilometrów, czy nie można tego załatwić inaczej – nie odpuszczałem.

- Nie można, synu – warknął wojak – załatwić to sobie możesz problemy, że nie zgłosiłeś zagubienia dokumentu – tymi słowy odebrał mi jakąkolwiek nadzieję. Podziękowałem ze świadomością, że będę musiał zmarnować dzień i trochę grosza by odwiedzić sympatycznego sierżanta.

***

Laska? Diva? No dobra, kobieta, okupująca recepcję WKU w Rzeszowie walnęła mnie w twarz promiennym i wycyzelowanym pomadką uśmiechem.

- Szczym mogę pomóc, obywatelu? – pewnie nie miała więcej niż dwadzieścia pięć lat. Jednak blond kalafiura i pazury tylko nieco krótsze od ostrza mojego Viktorinoxa przydawały jej co najmniej dychę lat.

- Dzień dobry. Potrzebuję wyrobić sobie duplikat książeczki wojskowej.

- Heeeenneeeeek! – głos to ona miała donośny – pani Jadzia dziś je!!!

Po chwili odezwał się głoś z głębi korytarza – Jezd, tylko chyba wyszła, ale mówiła że jeszcze nazad wróci!

- Obywatel da dowód i obywatela zapisze i obywatel poczeka na piętrze – wycedziła blondyna demonstrując dekolt głębokości tylko nieco mniejszej od studni głębinowej.

Pani Jadzia wróciła … po godzinie i zaczęła rozkładać na stole wiktuały zakupione w trakcie rekonesansu na ryneczku.

- Tu pan ma druczek, pan wypełni. A zapłacił Pan dwadzieścia osiem złociszy?

I tu mnie zbiła z pantałyku.

- A to nie można u was zapłacić? – jakoś nie przyszło mi do głowy, że opłatę za książeczkę uiszcza się w innym miejscu – nie macie tu jakiejś kasy czy coś?

- Nie! – stanowczo stwierdziła pani Jadzia wstrząsając wielkim rudym kokiem – Tu masz pan numer konta. Za wiaduktem jest PKO to pan zapłacisz. A jak pan wrócisz to już będzie gotowe.

Po odstaniu niespełna godziny do bankowej kasy, wróciłem po upragniony dokument.

- No to masz pan już duplikat. I na drugi raz nie gub pan dokumentów bo będziesz pan musiał zasuwać po kraju.

Przepełniony szczęściem wewnętrznym opuściłem obskurny przybytek WKU. Coś w sobie ma to przeciąganie spraw. Jak już człowiekowi się uda to cieszy się jak szczeniak.

***

W wydziale ksiąg wieczystych poszło mi niemal błyskawicznie, oczywiście biorąc poprawkę na to, że jest to sąd. Po niespełna godzinie i wydaniu sześćdziesięciu złotych stałem się posiadaczem aktualnego odpisu. Mając już wszystkie kwitki ruszyłem ponownie do ratusza. Chcąc być sprytnym, wybrałem się do urzędu o dziewiątej rano. Jakież było moje rozczarowanie gdy się okazało, że lud wstaje wcześnie a urzędnicy zaczynają po dziesiątej. Kolejka liczyła tylko 230 osób a do otwarcia okienek pozostało prawie godzinę. Dusza ma zabulgotała, musiałem zapalić.

- Co melduneczek się robi – facet wyrósł jakby znikąd – i trzeba swoje odstać?

- Nie podejrzewałem, że tyle luda tu łazi codziennie – oparłem mimochodem.

- A nie lepiej było zadzwonić i się umówić na godzinę?

- To tak można? – rzuciłem ze zdziwieniem – I wtedy nie stoi się w kolejce?

- Jak przyjdziesz pół godziny po czasie to poczekasz najwyżej dziesięć, no może dwadzieścia minut.

- Czy u nas nic nie morze być normalnie? Czy nie można normalnie przyjść do urzędu i załatwić sprawę?

- Technika, kolego, technika. Jak baba jednym placem musi wpisać te wszystkie dane do komputera to musi trwać, nie?

Pokręciłem tylko głową i wróciłem do holu bo pogoda nie zachęcała do korzystania ze świerzego powietrza.

Przezornie tym razem zabrałem ze sobą książkę. Przyszła mi do głowy, że te kolejki mają czasem wkład w ukulturalnianie ludzi. Szybko jednak porzuciłem tę myśl, obserwując jegomościa dłubiącego w nosie a następnie z namaszczeniem wcierającego urobek w oparcie siedzenia.

Po dwóch godzina z okładem dotarłem do okienka. Poszło gładko. Po niespełna paru chwilach byłem zameldowany. Radość rosła w mym sercu z każdą chwilą do momentu gdy uprzejma urzędniczka pouczyła mnie, że aby zmienić dowód będę potrzebował odpisu aktu ślubu z wpisem o rozwodzie. Znów na Podkarpacie. Pogryzłem ladę. Żartuje ale niewiele brakło.

 
 


System Wymiany Bannerow


WYMIANA BANNERAMI