RSS
 

Archiwum kategorii ‘Jakub Anioł’

Jakub Anioł cz.2

16 do lutego

Korytarz miła chyba z pięć kilometrów a do tego po drodze nie spotkałem żywego ducha, co w tej sytuacji wydało mi się bardzo adekwatna myślą. Gdyby nie numery na drzwiach i popalone żarówki, można by odnieść wrażenie, że się chodzi w kółko.  Po godzinie forsownego marszu dotarłem do tak samo brudnych, złotawych drzwi. Już miałem zapukać, gdy z za drzwi usłyszałem stłumione głosy.

- Widzisz palancie co zrobiłeś? – piał jakiś podniesiony głos nieludzko wysokim falsetem – Się kuna nucz pisać. On się nazywa Anioł, Jarosław Anioł.

- Noo, wiem. Tylko ja napisałem w skrócie – tłumaczył się inny głos – napisałem jot kropka Anioł. To wyście skopali robotę i zgarnęliście bogu ducha winnego faceta.

- Ja ci kuna dam skopali. Nawaliłeś i teraz nie zwalaj na innych – ciągnął falsetem ten drugi – tylko wymyśl co ja mam z tym zrobić. Gość zaraz tu się przywlecze a ja nie mogę go ot, tak odesłać bo mi cyferki w księgach się nie zgodzą.

- To może podmianka? – z nadzieją odezwał się drugi głos.

- To byłoby wyjście gdybym wiedział gdzie jest jego stróż. Nie kontaktował się od ponad roku, a bez niego dupa zbita.

Stałem tak nasłuchując pod drzwiami i coraz bardziej docierało do mnie, że nie będzie łatwo.

- A co z tym waszym Jarosławem?

- No, przeżył. Mówią, że to cud.

- A jak mają mówić? Skoro gość wyszedł cało spod tramwaju.

Powoli zaczęło mi się wszystko klarować. Pojedyncze klocki wskakiwały na swoje miejsce. Jednak obrazek jaki się z tego wyłaniał nie napawał optymizmem. Nie wytrzymałem i zapukałem do drzwi.

- Wejść!

Uchyliłem niepewnie drzwi.

- Wchodźcie. Już dzwonili z bramy, że przyjdziecie – postać operująca wysokimi registrami była całkowitym przeciwieństwem poprzedniego urzędasa, przynajmniej w kwestii fizjonomii.

- Ja miałem się tu zgłosić – rzuciłem od drzwi, podając wymięty kwitek.

- Taaa – spojrzał znad grubych okularów poklejonych taśmą izolacyjną – obywatel Anioł.

- Dokładnie Jakub Anioł – dodałem, pamiętając podsłuchaną wymianę zdań.

- Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Może zacznę od tej dobrej – z namaszczeniem rozprawiał nadal przyglądając się przyniesionej przez mnie kartce – odeślemy was.

Chudzielec przysiadł na brzegu metalowego biurka nie pierwszej młodości. Z drugiego końca mebla, przyglądał mi się osobnik o nijakiej fizjonomii. Jedynie jego oczy, czarne jak węgle, przewiercały mnie do pięt.

- A jaka jest ta zła wiadomość? – spytałem z zaciekawieniem.

- Ta zła to taka, że nie możemy wysłać was w tej chwili. Mamy mały kłopot z waszym, że tak to ujmę, stróżem.

- A co z nim?

- I tu synu zasadza się sedno. Od ponad roku nie mamy o nim informacji a tylko na jego polecenie możemy cię odesłać.

- No, ale chyba jak mogliście mnie tu ściągnąć to i możecie odesłać? – zapytałem zmieszany, próbując zrozumieć logikę wywodu okularnika.

- To, że tu jesteście to była pomyłka. A żeby was odesłać, musze działać zgodnie z procedurami.

- To co ja mam zrobić?

- Wy nic nie możecie zrobić. Musicie poczekać, a my znajdziemy tego waszego, pożal się boże, opiekuna.

Okularnik odwrócił się do osobnika na końcu biurka.

- Do czasu aż nie znajdziemy jego stróża, ty się nim zajmiesz – i wskazał palcem na czarnookiego gościa.

- Szefie, ale ja już mam jednego. I to cholernego pechowca. Może przydzielić mu któregoś z nowych? – zaproponował z rozpaczą w głosie.

- Żeby go zgubił albo jeszcze co gorszego. Lepiej będzie jak będzie z tobą. Jak znajdziemy jego stróża to przynajmniej nie trzeba będzie każdego z was oddzielnie szukać.

Czarnooki spojrzał na mnie z dezaprobatą. Stanowczo nie podobał mu się pomysł szefa i nawet nie próbował tego ukrywać.

- Poza tym – ciągnął chudy – twój podopieczny przez najbliższe parę dni nic nie na fika leżąc w śpiączce. Koniec dyskusji. Zabieraj gościa ze sobą i won mi z oczu.

- Chodźcie za mną – powiedział czarnooki, ruszając w kierunku drzwi.

- Szefie. Mam dobre wieści – twarz, zlana potem wyrażała całe lizusostwo wszystkich światów, tych dobrych i tych złych.

- Gadaj gnido i nie wykręcaj tej swoje mordy bo mi się niedobrze robi. – mówiąc to splunął przez prawe ramię.

Długi na pięć stóp i wysoki na cztery, bazaltowy kominek dawał przyjemne ciepło. Stanowił także jedyne źródło światła w całym pomieszczeniu. Mangos zanurzył chudy palec w kryształowym kielichu pełnym czerwonego płynu. Zlizując napój, zmarszczył czoło i z odrazą spojrzał na posłańca.

- Wystękasz wreszcie o co chodzi, czym mam ci potrzymać te twoje śmierdzące giry w kominku – wycedził od niechcenia.

- O panie. Zbytek łaski. Już wszystko mówię – posłaniec padł na kolana i skulił się w sobie na samą myśl o przypiekaniu – właśnie byłem w Zonie, kiedy doszły mnie słuchy, że jest pacjent do przejęcia.

- Znasz namiary?- burknął z zainteresowaniem Mangos – Wiesz jak gościa ściągnąć.

- Nooo – zająknął się posłaniec – tak niecałkiem. Wiem tylko, że nazywa się Anioł. Jot Anioł.

- Jot to znaczy co? Jeremiasz? Judasz? Juza? A może Jezus? – Mamgos zarechotał pogardliwie – No gadaj pacanie.

- Nie wiem Panie. Wiem tylko że na jot i to wszystko.

- To się do stu tysięcy zjełczałych robali dowiedz – wrzasnął, nachylając się do przodu.

- Nie nerwuj się panie mój i władco – piskliwy głosik dobiegał spod wielkiego tronu i kupy skór w które okutany siedział Magnos – to ci szkodzi na wrzoda.

- Milcz gnido – Magnos nachylił się i wyciągnął spot swego tronu coś co przypominało karykaturę krzyżówki żaby z kotem.

- O wybacz panie żem sie ozwał – jęczał szkaradny stwór jednocześnie przebierając chudymi stopami – ja chciałem dobrze mój ty najświetniejszy.

W tym momencie Mangos z zamachem wyekspediował swego dziwacznego doradcę nad portyk kominka.

- Zbieraj te swoje zawszone gnaty i wywiedz się co to jot się oznacza. I nie wracaj tutaj póki się nie dowiesz bo inaczej przerobie cię na abażur.

- O wielki, już pędzę. Zrobię co w mojej mocy – posłaniec zaczął się wycofywać w kierunku drzwi.

Magnos zamknął oczy i zapadł w ulubioną drzemkę.

- Kiedyś ci oddam – wysyczał stwór przez zęby, próbując zejść z portyku.

Magnos nie otwierając oczu mruknął pod nosem – Słyszałem.

- ja nic nie mówiłem o mój wielki . Toooo – zająknął się Paskudek – to, wiatr w kominku – rzucił dumny ze swej rezolutności.

Ściany dawno już straciły jakikolwiek kolor. Małą pryczę stojącą pod przeciwległą ścianą, przykrywała szara narzuta pokryta dużą ilością kolorowych łat. Po lewej, niewielkie drzwi prowadziły do jakiegoś pomieszczenia. Poza łóżkiem był jeszcze drewniany stół i prosty zydelek.

- Tu będziesz mieszkał do czasu wyjaśnienia sprawy. I jeszcze jedno – podsnuł palec wskazujący i wycelował go w swoją pierś – nazywają mnie Surko.

- Jakub – wyciągnąłem dłoń w jego kierunku. Niepewnie podał mi chudą prawice – Co ja mam tu robić? – spytałem otwarcie.

- Nic. Czekać i tyle.

- Może macie tu jakieś książki albo filmy – spytałem w nadzieją w głosie.

- I jeszcze co? Takie rzeczy są tu zakazane. Jak chcemy poczytać to możemy to robić u was.

- U nas? To znaczy gdzie?

- U was. W waszym świecie. To wy wymyślacie te wszystkie rzeczy a my je tu adoptujemy. Przez to zawsze jesteśmy jedno pokolenie do tyłu z waszymi wynalazkami – rzucił z widoczną dezaprobatą i zazdrością. – Jak chcesz to na czwartą jestem umówiony na pokerka z kumplami. Zainteresowany?

- Hmmm – zamyśliłem się. Nie grałem w pokera od podstawówki – a o co gracie?

- Jak to o co? O dusze – Surko zarechotał i wyszedł. Sam nie wiem czy żartował czy mówił poważnie.

 

Jakub Anioł cz.1

16 do lutego

Jakub Anioł – Dzienniki

Dzień pierwszy z nowego

Morda w kubeł i czekać – wrzasnął, trzaskając brudnymi drzwiami w kolorze starego złota. Usiadłem. Z siłą wyższą się nie dyskutuje. W korytarzu nie było nikogo. Kiedy spojrzałem w bok, nie mogłem dostrzec końca pomieszczenia. Dziwne światło, przypominające świetlówki, wydawało charakterystyczny brzęk. Niektóre oprawy oświetlenia zionęły czernią, w innych światło udawało zepsutą latarnie, mrugając nierówno. Z dogłębnej analizy sekwencji błysków w jednej z opraw wyrwał mnie ten sam obleśny gość – Następny – Spojrzałem po korytarzu by się upewnić, czy jest ktoś jeszcze oprócz mnie. Dudnienie słów, odbijające się od ścian pamiętających dawną świetność, nie pozostawiło żadnych wątpliwości. To do mnie. Kompletnie zdezorientowany ruszyłem w stronę drzwi, mając nadzieję że coś uda się wyjaśnić.

- Zamknąć drzwi – burknął grubas za biurkiem, nie podnosząc oczu znad kilogramów akt walających się po blacie. Obleśne indywiduum, które raczyło mnie tu zaprosić, okazała się odźwiernym. Jednym, wprawnym ruchem kopnął w moim kierunku zdezelowany taboret bez oparcia.

- Siadaj pan – odezwała się twarz z za papierzysk. Usiadłem. Zacząłem majstrować przy taborecie by zwiększyć jego wysokość. W pozycji siedzącej mój nos znalazł się na wysokości blatu. Niestety stary mebel w żaden sposób nie dał się wyregulować.

- Czy mogę spytać … ?

- Nie! Ja tu pytam! – zadudnił facet za biurkiem na moment podnosząc oczy.

- Synu – zaczął oficjalnie – skąd się tu wziąłeś? – mówiąc to lekko podniósł się by spojrzeć na mnie z za papierzysk. Wielki czerwony nos okupował mu trzy czwarte twarzy.

- Chciałem spytać o to samo – wypaliłem bez zastanowienia – co to za miejsce?

- Ja tu pytam – wrzasnął a jego twarz nabrała bardziej czerwonego koloru. Miał chyba ze sto pięćdziesiąt kilo wagi.

- Jakiś wypadek? – pytał dalej.

- Nieee. Byłem w domu. Właśnie miałem robić kolację gdy cała sceneria się zmieniła, że tak to ujmę.

- Kuna flak – wysyczał – znów te pacany z operacyjnego namieszali.

Gość zaczął grzebać w stosie papierów. Sięgnął po stojącą na rogu biurka parującą szklankę z herbatą i nie wyciągając łyżeczki siorbnął dwa razy, szybko odstawiając szklankę.

- Cholera, tu nic nie stygnie – burknął pod nosem.

Moją uwagę zwrócił dziwny dźwięk dochodzący od strony drzwi. Odźwierny, nie zwracając uwagi na to co dzieje się w pokoju, w pełnym skupieniu wyjadał zupę ze słoika, dzwoniąc łyżką o szkło.

- Nie żryj w robocie – warknął urzędas zza biurka.

Spłoszony odźwierny, odstawił słoik i zaczął pieczołowicie wycierać łyżkę w poły swej szaty.

- To mój drugi dyżur – zaczął tłumaczyć się z pełnymi ustami – kiedyś muszę zjeść.

- Dobra, dobra. Wiesz dobrze, że nie musisz tylko chcesz. Schowaj żarcie i skocz po tych pacanów z operacyjnego i nich się wytłumaczą skąd się wziął ten gość u nas.

- Mówicie obywatelu, że nic nie wiecie? Taaa? – Urzędas podłubał tłustym paluchem w uchu i z uwagą spojrzał na urobek.

- No ja nic nie zrobiłem. Nawet nie doszedłem do kuchni.

- Może, żeście coś powiedzieli czy cóś? – Urzędas nie odpuszczał.

- Noooo – zacząłem niepewnie – zawsze coś mamrotam pod nosem, tak już mam, ale to takie tam złorzeczenia i dyrdymały.

- No tak. Musiał obywatel cóś palnąć a ci z operacyjnego spiepszyli robotę – solidnie pociągnął nosem i wytarł rękawem długiej, poszarzałej szaty.

- I co ja mam z wami zrobić? Wysłać z powrotem procedura zakazuje, boś pan w śmierci klinicznej nie był. – Urzędas się zadumał – A może przynajmniej żeście się w co walnęli? – w głosie biurokraty obudziła się nadzieja.

- Nie przypominam sobie – odparłem zgodnie z prawdą.

- Dobra, zrobimy tak – sięgnął pod biurko i wyciągnął czystą, lekko pogniecioną kartkę – napiszecie oświadczenie, żeście walnęli we framugę i straciliście przytomność. W aktach to przejdzie.

- Ale ja w nic nie uderzyłem.

- A kogo to obchodzi. Bądźcie mądrzy. Chcecie wrócić do siebie czy nie?

- Nooo, chcę.

- To bierzcie ołówek i piszcie oświadczenie.

Urzędas z wysiłkiem wstał z za biurka. Na oparciu fotela zauważyłem parciane szelki na których wisiały ufajdane i mocno sfatygowane skrzydła.

- Gdzie – zacząłem niepewnie – Gdzie ja jestem? O co tu chodzi? Co to za teatrzyk?

- Żaden teatrzyk – nie wytrzymał urzędas – tylko markownia. Solidna markownia, na miarę naszych czasów.

- Marr co?

- Markownia. Takie miejsce gdzie trafiacie jak już skończycie marudzić na tamtym, ziemskim padole.

- Że niby jestem w niebie? – spytałem z ironią.

- W jakim tam kuna niebie. Mówię, że w markowni. Do nieba to ja was mogę zakwalifikować jak będę miał na to ochotę – z wyższością w głosie, urzędas poprawił brudną szatę.

Napisałem. Zwykle nie miałem problemów z pisaniem fikcyjnych historyjek.

- No widzicie. Można? Można. – urzędas wyraźnie się rozluźnił.

- Wystarczy odrobina dobrej woli i wszystko można załatwić. Teraz tylko operacyjni muszą was przetransportować na dół.

- Nie boicie się, że wszystkim powiem jak to tu wygląda?

- A mówcie ile chcecie. I tak wam nikt nie uwierzy. – Urzędas rechotał jak nażarty krokodyl.

- Dobra. Teraz pójdziecie z tym kwitem do pokoju 1034B a tam się już wami zajmą. Mam tylko nadzieję, że znów czegoś nie spieprzą i traficie do tego waszego domu. Tylko pamiętajcie, że od teraz będziemy mieć na was oko – mówiąc to urzędas pokiwał grubym palcem, wręczył mi kwitek i kompletnie przestał zwracać na mnie uwagę.

- Przepraszam – rzuciłem niepewnie – ale pana kolega właśnie poszedł po tych z operacyjnego.

- To jeszcze tu jesteście? – ze zdziwienie stwierdził grubas – Poszedł to i wróci, już wy tym sobie głowy nie zajmujcie. Jak mówię, że macie iść do 1034B to to róbcie i nie zawracajcie dupy.

 
 


System Wymiany Bannerow


WYMIANA BANNERAMI