7
stycznia
2013

Teoria Guli


- No patrz. Patrz, jak się pofajdało. – Gula niemal krzyczał, pokazując za brudne okno wychodzące na ulicę. Obraz za szybą niczym nie różnił się od tego wczorajszego i zapewne jutro też będzie podobny. Może jedynie trochę bielszy, bo od dwóch dni zapowiadają opady śniegu. Miejskie ulice już mają to do siebie, że ich wygląd ewoluuje niezmiernie wolno. Ich przemianę można zauważyć jedynie wtedy, gdy po wielu latach wracamy do miejsc, które znaliśmy wcześniej. Stojący za przeszklonym barem, Łukasz z niesmakiem spojrzał na stolik zajęty przez osiłków bez karków, gdy jeden z nich podniósł głos. Nienawidził skinów i innych ekstremistów. Jednak nie mógł wyprosić niechcianych gości. Póki tylko rozmawiali, nie miał prawa ich tknąć, choć gdyby to od niego zależało już dawno by ich wywalił.
- Gula. O co ci biega? – spytał, wyrwany z otępienia Gruby. Miał tą przypadłość, że czasem zawieszał się na jakimś przedmiocie i gapił się kompletnie bezmyślnie.
- Co, Gruby? Znowu zawiecha? – Rzucił Gula, chcąc dowalić Grubemu. – Kiedyś się zawiesisz i nie zauważysz jak ci ktoś wpierdoli.
Gruby zerwał się zza stolika i próbował złapać Gulę.
- Gruby. Za wolny jesteś na mnie. Przestań żreć te śmiecie to może kiedyś ci się uda. – palec powoli powędrował znów w stronę okna – Powiedz Gruby, co widzisz?
Napastnik usiadł mrucząc coś pod nosem. – A co kurna mam widzieć? Ludzie, domy, samochody. Pieprzona ulica i nic poza tym.
- Echhh, Gruby. Ty jednak jesteś tępak totalny. Trzeba ci świat drukowanymi pokazywać. Popatrz. Pierwszy lokal z lewej. Pieprzone sushi. Żółtki sprzedają surowe ryby a nasi za to płacą. – Gruby zawiesił się na oknie. – Kawałek dalej – ciągnął Gula – pieprzony kebab brudnego Turka a nad nim hinduskie kadzidełka. Gdzie nie spojrzysz brudasy albo żółtki.  A gdzie Polacy? Powiem ci Gruby – podniósł głos niemal do krzyku – W pieprzonym pośredniaku a te gnidy na nas żerują. Gula wycelował palec w Grubego – Tylko takie tępaki jak ty, tego nie widzą i dają robić z siebie wała. Czas zrobić z tym porządek, bo za parę lat twoje dzieci będą musiały chodzić do meczetu. – Gruby gapił się bez słowa na Gulę. Jego łysa czaszka wydawała się jakoś niekształtna w świetle zimowego, popołudniowego słońca. Właściwie to mu wisiało, to o czym mówił Gula. Przyłączył się do ich paczki, bo nikt inny go nie chciał. Od małego nie był zbyt rozgarnięty, jednak dotarło do niego już dawno, że w grupie ma szanse przetrwać. Jego wielkie, masywne cielsko robiło wrażenie, choć gdy przychodziło do bójki to był ostatnim, który chciał się bić.
Gdy tak rozmyślał nad własnym losem, przed jego oczami pojawił się najpierw grad szkła a zaraz potem zamiast stolika miał przed sobą dekiel wielkiego koła ciężkiej terenówki. Dopiero po chwili dotarł do jego głowy zgrzyt i trzask łamanego stolika i giętej blachy. Ręka Guli wystawała groteskowo pomiędzy oponą a resztkami stolika. Dopiero po chwili zaczął się karaska ze swoje miejsca. Zanim stracił przytomność, zauważył barmana mówiącego coś z przejęciem do komórki.


***

Inspektor Radzik rozglądnął się od niechcenia. Nienawidził swojej roboty i czekał na emeryturę jak na zbawienie. Tym bardziej, że była soboto popołudniu i obiecał chrześniakowi, że weźmie go na mecz. Lokal nie wyglądał źle. Poza wielką, pogiętą maską sterczącą w oknie lokalu, można by powiedzieć, że wszystko jest na swoim miejscu. Inspektor usiadł za jednym ze stolików. – Dawaj tu tego świadka – rzucił bez entuzjazmu.
- To ten, panie inspektorze. – Młody policjant trzymał za łokieć jeszcze młodszego, zwalistego grubasa z zabandażowaną ręką. – On siedział przy tym stoliku.
- No to macie obywatelu więcej szczęścia niż rozumu – skomentował Radzik – siadaj i gadaj jak to się stało?
Gruby usiadł niepewnie, uważając na zabandażowaną rękę. – Właściwie to ja nic nie widziałem. W jednej chwili Gula, znaczy się Rafał pieprzył swoje kazanie a w drugiej leżał pod kołami.
Rudzik spojrzał na Grubego i zaczął notować. Niewiele go obchodziło, co ma do powiedzenia ten grubas, jednak znał swoje obowiązki. Po niemal godzinie miał pełny obraz sytuacji. Właściwie do tej chwili wyglądało na to, że ma do czynienia ze zwykłym wypadkiem drogowym. Kobieta, kierująca wielkim SUV-em jechała zbyt szybko i chcąc ominąć przechodnia, wpadła w poślizg i wylądowała w kawiarni. Właściwie nic wielkiego, jednak wszystko zależy od tego czy przeżyje delikwent, w którego trafiła kobieta. Gdy dzwonił kilka minut temu do szpitala nadal go operowali. Choć było mu obojętne, co się stanie z ofiarą to miał nadzieję, że przeżyje. Gdyby miał się wybrać na łono Abrahama sprawa wyglądał by inaczej. Nieumyślne zabójstwo to dziesięć razy więcej papierków, prokurator i tak dalej a on chciał już wrócić do domu.
- Młody – Inspektor odezwała się do policjanta – Jedziemy do szpitala. Trzeba sprawdzić, co z ofiarą?
- Tak jest panie Inspektorze. Zaraz znajdę jakiś wolny radiowóz.


***

Lekarz wyglądał na nieprzyzwoicie młodego. Gdyby nie biały kitel, Radzik pomyślałby, że ma do czynienia z licealistą. Słuchał go jednym uchem. Nie interesowały go szczegóły obrażeń. Wszystko to znajdzie w protokole. Chciał tylko wiedzieć czy gość przeżyje. Podniósł otwartą dłoń w geście zniecierpliwienia i przerwał lekarzowi. - Panie doktorze. Chcę tylko wiedzieć czy przeżyje? Jakie ma szanse? – Lekarz, lekko zbity z tropu zaczął się tłumaczyć – Panie Inspektorze, jeszcze za wcześnie wyrokować. Doktor Geszan zrobił, co mógł. Wszystko zależy czy nie będzie powikłań. Pacjent miał dużo szczęścia, że trafił na doktora. Z takim krwiakiem w głowie miał niewielkie szanse. Musi pan wiedzieć, że doktor jest najlepszym specjalistą w Europie od takich rzeczy. Inni pacjenci czekają miesiącami na operację.
Radzik, wiedząc że niewiele więcej się dowie, pożegnał się z młodym lekarze.
- Młody  - Inspektor zwrócił się do policjanta – Jutro przyjedziesz do szpitala i sprawdzisz co z pacjentem. Do tej pory proszę nie zawracać mi dupy. Jadę do domu.


***

Cichy alarm odezwał się jak zwykle niespodziewanie. Agnieszka rzuciła krótko do słuchawki telefonu. – Kochanie, muszę kończyć. Chyba mi się jedne ze śpiochów obudził. Pa.
Kilka lat na OIOM, nauczyło ją rozpoznawać fałszywe alarmy. To, co zobaczyła na monitorze pacjenta z czternastki świadczyło o tym, że po dwunastu dniach jego funkcje życiowe wracają do normy i najprawdopodobniej za chwilę odzyska świadomość. Mimo tego, że widziała kilkadziesiąt razy, gdy pacjent odzyskuje przytomność, to zawsze uznawała to za cud. Za dotknięcie bożego palca.
Gdy dotarła do pokoju numer czternaście, odruchowo włączyła światło. Pacjent nie okazywał objawów przebudzenia, ale jego twarz jakby pojaśniała. Po chwili, rozluźnione place prawej ręki zaczęły się poruszać. Jedno oko było zasłonięte bandażami pokrywającymi całą głowę, jednak drugie otworzyło się powoli. Pacjent próbował coś powiedzieć, jednak zdołał tylko poruszyć ustami.
- Niech pan nic nie mówi. Podam panu wodę. Jest pan w szpitalu. Miał pan wypadek. Pamięta Pan? – Agnieszka wypowiadała słowa jak karabin maszynowy.  Gdy już zdołał przełknąć kilka łuków wody, odezwała się cichym szorstkim głosem. – Nic nie pamiętam. Siedziałem U Zibiego, piliśmy piwo a potem już nic.
- Wjechał w pana samochód. Dokładnie to wjechał w okno knajpy, w której pan siedział. Proszę teraz odpoczywać a ja zadzwonię po doktora. To cud, że pan żyje. – rzuciła jeszcze na odchodne – gdyby nie doktor Geszan nie miałby pan większych szans.
Gula leżał oszołomiony i zdezorientowany. Nic nie pamiętał z wypadku. Ból głowy był potworny. – Chyba powinienem podziękować gostkowi, że mnie poskładał – pomyślał. Choć nie pamiętał, kiedy ostatni raz użył słowa „dziękuję”?
Po chwili usłyszał łamaną polszczyzną – Cieszyć się, że pan się obudzić – zobaczył nad sobą uśmiechniętą twarz siwego hindusa.

  
Data aktualizacji: 2013-01-07, Data wpisu: 2013-01-07   Kategorie: | Opowiadania |
   Klucze: | życie | Gula | antysemityzm | faszyzm | kultura | opowiadnie |

 

Parę słów o mnie   

Urodziłem się więc jestem ….

Rocznik 69, znaczy dobry. Jestem spod bliźniąt i to powoduje, że interesuje mnie wszystko i w niczym nie jestem mistrzem. Urodziłem się w małym osiedlu Pustków na Podkarpaciu. Potem był Rzeszów, Lublin, znów Rzeszów a teraz Warszawa – miasto ludzi szalonych i pędzących (żeby wiedział dokąd? ).

Uwielbiam tworzyć, nie jest ważne co … ważne by tworzyć … jednak z uwagi na fakt, że jestem z natury niecierpliwy, często porzucam projekty w powijakach gdy pojawi się większy problem a zwykle z powodu pojawienia się nowego projektu ;-)

No może nie jest aż tak źle … udało mi się doprowadzić niektóre rzeczy do końca.

Reszta mojej duszy na pozostałych podstronach …  ;-)

Kontakt   

Jeśli masz jakiekolwiek pytania, propozycje, uwagi … i inne takie tego tam … Napisz lub kliknij.

email: rwegrzyn(at)gmail.com, gg: 5036395 - rzadko bywam, skype: sim-69, tel: 506 155 001