29
grudnia
2012

Szklane drzwi

... zamiast życzeń noworocznych

Szklane drzwi. Wielkie, automatyczne szklane drzwi. Granica dwóch światów. Od środka, korporacyjny sznyt. Białe kołnierzyki, wielki świat, faksy, zestawienia, raporty itd. Na zewnątrz, opluty, szary chodnik. Ciągła gonitwa. Bezdomny, żebrzący o dwa złocisze na piwo. Niewidzialna granica pomiędzy życiem a egzystencją. W ten mroźny, grudniowy dzień, ostatni dzień grudnia przekroczył ją tak łatwo, zatopiony w własnych myślach. Marek spojrzał na swój prążkowany, czarny garnitur w odbiciu wielkich szklanych ścian, ewidentnie świadczący o przynależności do świata wewnątrz. Gdy tak stał na smaganej grudniowym wiatrem, brudnej ulicy, dotarło do niego, że ten wspaniały, wewnętrzny świat właśnie odszedł. Jego świat to teraz ten wiatr i to przenikliwe zimno. Należy zapomnieć o służbowym Mondeo i Blackberry. Pozostał tylko kredyt na mieszkanie i kilka innych długów. Ściskał pod pachą jedyną rzecz, która była jego. Sony Vaio, które służyło mu już od dwóch lat, mimo że mógł korzystać ze służbowego sprzętu. Spojrzał na szaro-niebieski wieżowiec, który przez ostatnie dwa lata był kwintesencją jego życia. Poświęcił tej firmie każdą chwilę. Nawet spotkania z przyjaciółmi były niczym innym jak naradami wojennymi „młodych wilków” korporacji. Szukaniem kolejnych, fenomenalnych i oryginalnych pomysłów. Dziś, bez żadnych dodatkowych słów, usłyszał: „Jesteś wolny, jesteś zwolniony … możesz wyjść nawet w tej chwili”. Więc zebrał te kilka drobiazgów ze swojego biurka i wyszedł .
- Tylko, co dalej? – zapytał siebie pod nosem.
Niechciał wracać do swojego mieszkania o dziesiątej rano. Małej klitki, kupionej na kredyt, który będzie spłacał przez najbliższe trzydzieści lat. Oczywiście, jeśli znajdzie inną pracę. Chciał gdzieś ochłonąć. Porozmawiać z kimś, poczuć, że jeszcze istnieje. Tylko, z kim? Cały jego świat został za tymi wielkimi szklanymi drzwiami. Ruszył przed siebie kompletnie nie myśląc, co robi i dokąd idzie? Przez siedemset dni trafiał bez namysłu do Szafy. Lokalu gdzie zwykle wychodzili całą paczką na lunch.
O tej porze Szafa wyglądała całkiem inaczej. W porze obiadowej, gwarna i tłoczna, teraz zdawała się być olbrzymią i pustą. Za długim, dębowym barem stał Zibi, właściciel, przecierając szklanki do piwa. Po wytarciu, każdą sprawdzał pod światło czy nie zostały na nich jakieś zacieki.
- Witaj Zibi – rzucił niepewnie Marek, sadowiąc się na wysokim, barowym stołku.
- Witaj. Co podać? Chyba nie lunch? Na to chyba za wcześnie?
- Nieee. Nalej mi Jack’a z odrobiną coli.
Zibi spojrzał bez słowa na Marka. Nie miał zwyczaju wtrącać się w sprawy klientów. Raczej starał się poczekać aż klient sam zacznie mówić. Tym razem jednak nie wytrzymał.
- Na drinki to chyba też za wcześnie?
Marek nie wytrzymał.
- A na wypierdolenie człowieka na bruk po dwóch latach zapieprzu po piętnaście godzin na dobę pora jest odpowiednia ?
Zibi bez słowa nalał drinka i podał Markowi. Zobaczył przed sobą kupę nieszczęścia w eleganckim garniturze i zrobiło mu się żal człowieka.
- No dobra. Opowiadaj. Nie pierwszy raz będę robiła za spowiednika.
Marek spojrzał na właściciela zaskoczony. Czuł ogromna potrzebę wyrzucenia z siebie tylu żali. Z drugiej strony, Zibi był całkiem obcym facetem, który pewnie nigdy nie pracował w korporacji. Jest człowiekiem, który pewnie nigdy nie słyszał o Public Relation. Czy taki człowiek jest w stanie go zrozumieć? Zrozumieć jego problemy? Jednak zaczął mówić. O tym jak trafił do korporacji. O tym jak polscy managerowie są bezwzględnymi przydupasami zagranicznych szefów. O tym ile poświęcił  czasu i energii aby firma zaistniała na rynku. Zibi słuchał i tylko od czasu do czasu przytakiwał lub robił skwaszoną minę. Po czterech drinkach i prawie godzinie słuchania postanowił się odezwać.
- Wiesz. Współczuje Ci. Może to nie na miarę twoje firmy, ale ja też zostałem na lodzie.
Marek w pierwszej chwili nie zwrócił uwagę na słowa Zibiego. Po czterech jack’ach i godzinie monologu, nadal był w świecie swojego nieszczęścia.
- Chciałem zorganizować sylwestra – ciągnął Zibi – Dałem ogłoszenie, przyjmowałem rezerwacje i wszystko wyglądało dobrze. Jednak Kowal. Wiesz, ten co ma klub na Szlacheckiej. Dał niższą cenę i wymyślił kilka dodatkowych atrakcji. Teraz mam pełną chłodnię i trzech klientów na dziś wieczór. Słownie trzech. – zakończył Zibi wyciągając przed nos Marka trzy wyprostowane palce.
- No to witam w klubie – rzucił odruchowo Marek.
W Szafie zapadła ciężka cisza. Atmosfera zgęstniała i przygniotła dwóch przegranych osobników. Marek, nagle wyprostował się na barowym stołku. Mimo kilku drinków, poczuł wyzwanie. I co z tego, że już nie pracuje w korporacji – pomyślał – Robiłem to przez dwa lata. Przecież nie ma straconych sytuacji. Spojrzał na Zibiego spod czarnych brwi.
- Chcesz mieć tu pełny lokal?
Zibi bez słowa kiwnął powoli głową.
- Potrzebuję dostęp do Internetu. Miałeś tu chyba kiedyś WIFI.
- Owszem – niepewnie odparł barman.
- Niczego nie gwarantuję. Daj mi godzinę. Nie chce żadnej kasy. Niech to będzie mój prezent dla Ciebie.
- Ale co można zrobić o dwunastej w południe w sylwestra? – Zibi nie wierzył, że coś jeszcze da się zrobić w tym temacie.
- Daj mi godzinę – tajemniczo odpowiedział Marek, otwierając swojego laptopa. – I dużą kawę. Potrafię pracować po pijaku, ale na trzeźwo idzie lepiej.

* * *
Marek spojrzał jeszcze raz na ekran swego laptopa.
- Zibi, posłuchaj i nie komentuj. Jeśli uznasz, że to niewypał to powiedz.
Barman odłożył ścierkę i podszedł do Marka. Zaintrygowało go to, że jeszcze godzinę temu, naprzeciwko siedział osobnik przypominający zużytą, szmacianą lalkę wyrzuconą na wysypisko życia. Teraz, po drugiej stronie baru widział tykającą bombę.
- Jest tak. – Zaczął Marek – Wszyscy organizują imprezy sylwestrowe w stylu wielkiego party. Dużo muzyki, tańce, szaleństwa i wielkie atrakcje. Przeglądnąłem wszystkie propozycje w całym mieście. Żeby wygrać, trzeba być oryginalnym lub trafić w niszę.
- No i? – Zagaił barman.
- No i … dotarło do mnie, że jest wielu ludzi, którzy nie chcą spędzać tego dnia na szaleństwach. Wolą domowe zacisze, spokój i klimatyczną atmosferę.
- No to Ameryki nie odkryłeś – Sarkastycznie stwierdził Zibi.
- A wyobraź sobie, że jednak odkryłem. To, że ktoś chce spokoju i domowego zacisza, nie znaczy, że nie chce spotkać się z ludźmi. Większość z nas potrzebuje kogoś, z kim mógłby obejść ważne chwile takie jak przywitanie Nowego Roku. Tylko brakuje takich miejsc gdzie nie będzie na takich ludzi czyhać wrzawa i łomot współczesnej muzyki.
- Więc jaki masz pomysł? – Dalej nieprzekonany dopytywał Zibi.
- To proste. Organizujemy „Sylwestra w kapciach”. Każdy może przynieść własną muzykę i obowiązkowo kapcie i szlafrok. Co ty na to? – Dumnie spytał Marek.
- No nie wiem. Ludzie mogą się czuć skrępowani.
- Spokojnie. Zawrzyjmy układ. – Marek zapalił się do pomysłu – Wejdę na Facebook’a i rozpuszczę wici wśród znajomych i znajomych moich znajomych.
- No nie wiem – Zibi dalej był nieprzekonany do pomysłu – Żeby to się opłaciło musiałoby przyjść co najmniej dwadzieścia osób.
- Ok. Zysk z pierwszych dwudziestu osób bierzesz Ty. Jak przyjedzie więcej dzielisz się ze mną pół na pół.
Zibi zadumał się przez chwilę. Właściwie i tak już był stratny. Nawet dziesięć osób pozwoliłoby wyzerować ewentualne straty.
- Zgoda. Bierz się do roboty.
Marek wyciągnął dłoń by potwierdzić umowę.

***

Blady zimowy świt wdzierał się przez małe okna Szafy. Marek ocknął się niemrawo na odgłos zamykanych drzwi. Totalny ból głowy zwiastował kaca giganta. Zibi nie wyglądał dużo lepiej, jednak nadal starał się trzymać fason. Wszedł za bar i otworzyła kasę. Marek spojrzał niepewnie na właściciela Szafy.
- To dla ciebie – z lekki uśmiechem Zibi położył pięć setek na blacie przed Markiem. – I mam nadzieję, że to pierwsza nasza impreza, ale nie ostatnia. Mam też kilku znajomych, którzy chętnie ci zapłacą za niewielką pomoc.
- Dzięki. – rzucił z uśmiechem Marek, chowając pieniądze do wewnętrznej kieszeni garnituru. – Mam tylko nadzieję, że dasz mi się wyspać, bo na dziś mam dość.
- Oczywiście. Zbieraj się.
Marek wyszedł na mroźny poranek Nowego Roku. Naprzeciwko Szafy zobaczył wielkie szklane pudło. Pudło, w którym jeszcze wczoraj był marionetką. Choć wiedział, że nie będzie łatwo, jednak miał w sobie coś, co pozwoli mu przetrwać najbliższe dni. Coś, bez czego trudno cokolwiek stworzyć.
Zmęczony, niewyspany, ale pełny wiary ruszył prze siebie. Z za pleców usłyszał jeszcze głoś Zibiego – Szczęśliwego Nowego Roku.

  
Data aktualizacji: 2012-12-29, Data wpisu: 2012-12-29   Kategorie: | Opowiadania |
   Klucze: | życie | praca | korporacja | Nowy Rok | opowiadnie |

 

Parę słów o mnie   

Urodziłem się więc jestem ….

Rocznik 69, znaczy dobry. Jestem spod bliźniąt i to powoduje, że interesuje mnie wszystko i w niczym nie jestem mistrzem. Urodziłem się w małym osiedlu Pustków na Podkarpaciu. Potem był Rzeszów, Lublin, znów Rzeszów a teraz Warszawa – miasto ludzi szalonych i pędzących (żeby wiedział dokąd? ).

Uwielbiam tworzyć, nie jest ważne co … ważne by tworzyć … jednak z uwagi na fakt, że jestem z natury niecierpliwy, często porzucam projekty w powijakach gdy pojawi się większy problem a zwykle z powodu pojawienia się nowego projektu ;-)

No może nie jest aż tak źle … udało mi się doprowadzić niektóre rzeczy do końca.

Reszta mojej duszy na pozostałych podstronach …  ;-)

Kontakt   

Jeśli masz jakiekolwiek pytania, propozycje, uwagi … i inne takie tego tam … Napisz lub kliknij.

email: rwegrzyn(at)gmail.com, gg: 5036395 - rzadko bywam, skype: sim-69, tel: 506 155 001