Mój anioł niemało był solidny,
Nie z jakiejś lipy czy też gliny,
Słuchał bez końca
Był cierpliwy
Wybaczał bez końca
Był naiwny.
Gdy siadłem wieczór
By spojrzeć na ranek
By porachować dnia poczynania
On uciekł cicho gdzieś na ganek
Oczy rękoma wciąż zasłaniał
Z wyrzutem jęknął gdzieś na przyzbie
Nie mówiąc więcej ani słowa
Nie komentował, nie wyganiał
niczego naprawiać nie próbował
25
do lutego
