Witam serdecznie
... czyli o co chodzi ?
Trafiłeś na witrynę, człowieka który ma problemy z samookreśleniem … ;-)
Znajdziesz tutaj garść tekstów powstałych w czasach różnych a i w okresie wielce niedawnym (może wczoraj? ), są to wiersze, teksty piosenek i inne, nazwijmy to „literackie” wyczyny. Niektóre z tekstów „dorobiły” się muzyki.
Kolejną moją pasją jest fotografia. Przyrodzony brak krytycyzmu wobec swoich prac, nie pozwala mi oceniać własnych pstryków. Zwykle gdy biorę sprzęt do ręki … powstaje coś w stylu reportażu, jednak na tej witrynie postarałem się pozbierać swoje fotki tematycznie … jeśli pragniesz zobaczyć nieco więcej i w ujęciach tematycznych zapraszam na albumu picasaweb.
Na co dzień, znów od pewnego czasu, zajmuję się tworzeniem wszystkiego co można uruchomić online. Strony WWW, portale, prezentacje online, systemy zarządzania, wortale …nie ma problemu … potrzebujesz? Pisz lub dzwoń … im większe wyzwanie tym lepiej.
Miłej lektury, oglądania i słuchania …
Sim69 – Robert Węgrzyn
Teoria Guli
- No patrz. Patrz, jak się pofajdało. – Gula niemal krzyczał, pokazując za brudne okno wychodzące na ulicę. Obraz za szybą niczym nie różnił się od tego wczorajszego i zapewne jutro też będzie podobny. Może jedynie trochę bielszy, bo od dwóch dni zapowiadają opady śniegu. Miejskie ulice już mają to do siebie, że ich wygląd ewoluuje niezmiernie wolno. Ich przemianę można zauważyć jedynie wtedy, gdy po wielu latach wracamy do miejsc, które znaliśmy wcześniej. Stojący za przeszklonym barem, Łukasz z niesmakiem spojrzał na stolik zajęty przez osiłków bez karków, gdy jeden z nich podniósł głos. Nienawidził skinów i innych ekstremistów. Jednak nie mógł wyprosić niechcianych gości. Póki tylko rozmawiali, nie miał prawa ich tknąć, choć gdyby to od niego zależało już dawno by ich wywalił.
- Gula. O co ci biega? – spytał, wyrwany z otępienia Gruby. Miał tą przypadłość, że czasem zawieszał się na jakimś przedmiocie i gapił się kompletnie bezmyślnie.
- Co, Gruby? Znowu zawiecha? – Rzucił Gula, chcąc dowalić Grubemu. – Kiedyś się zawiesisz i nie zauważysz jak ci ktoś wpierdoli.
Gruby zerwał się zza stolika i próbował złapać Gulę.
- Gruby. Za wolny jesteś na mnie. Przestań żreć te śmiecie to może kiedyś ci się uda. – palec powoli powędrował znów w stronę okna – Powiedz Gruby, co widzisz?
Napastnik usiadł mrucząc coś pod nosem. – A co kurna mam widzieć? Ludzie, domy, samochody. Pieprzona ulica i nic poza tym.
- Echhh, Gruby. Ty jednak jesteś tępak totalny. Trzeba ci świat drukowanymi pokazywać. Popatrz. Pierwszy lokal z lewej. Pieprzone sushi. Żółtki sprzedają surowe ryby a nasi za to płacą. – Gruby zawiesił się na oknie. – Kawałek dalej – ciągnął Gula – pieprzony kebab brudnego Turka a nad nim hinduskie kadzidełka. Gdzie nie spojrzysz brudasy albo żółtki. A gdzie Polacy? Powiem ci Gruby – podniósł głos niemal do krzyku – W pieprzonym pośredniaku a te gnidy na nas żerują. Gula wycelował palec w Grubego – Tylko takie tępaki jak ty, tego nie widzą i dają robić z siebie wała. Czas zrobić z tym porządek, bo za parę lat twoje dzieci będą musiały chodzić do meczetu. – Gruby gapił się bez słowa na Gulę. Jego łysa czaszka wydawała się jakoś niekształtna w świetle zimowego, popołudniowego słońca. Właściwie to mu wisiało, to o czym mówił Gula. Przyłączył się do ich paczki, bo nikt inny go nie chciał. Od małego nie był zbyt rozgarnięty, jednak dotarło do niego już dawno, że w grupie ma szanse przetrwać. Jego wielkie, masywne cielsko robiło wrażenie, choć gdy przychodziło do bójki to był ostatnim, który chciał się bić.
Gdy tak rozmyślał nad własnym losem, przed jego oczami pojawił się najpierw grad szkła a zaraz potem zamiast stolika miał przed sobą dekiel wielkiego koła ciężkiej terenówki. Dopiero po chwili dotarł do jego głowy zgrzyt i trzask łamanego stolika i giętej blachy. Ręka Guli wystawała groteskowo pomiędzy oponą a resztkami stolika. Dopiero po chwili zaczął się karaska ze swoje miejsca. Zanim stracił przytomność, zauważył barmana mówiącego coś z przejęciem do komórki.
***
Inspektor Radzik rozglądnął się od niechcenia. Nienawidził swojej roboty i czekał na emeryturę jak na zbawienie. Tym bardziej, że była soboto popołudniu i obiecał chrześniakowi, że weźmie go na mecz. Lokal nie wyglądał źle. Poza wielką, pogiętą maską sterczącą w oknie lokalu, można by powiedzieć, że wszystko jest na swoim miejscu. Inspektor usiadł za jednym ze stolików. – Dawaj tu tego świadka – rzucił bez entuzjazmu.
- To ten, panie inspektorze. – Młody policjant trzymał za łokieć jeszcze młodszego, zwalistego grubasa z zabandażowaną ręką. – On siedział przy tym stoliku.
- No to macie obywatelu więcej szczęścia niż rozumu – skomentował Radzik – siadaj i gadaj jak to się stało?
Gruby usiadł niepewnie, uważając na zabandażowaną rękę. – Właściwie to ja nic nie widziałem. W jednej chwili Gula, znaczy się Rafał pieprzył swoje kazanie a w drugiej leżał pod kołami.
Rudzik spojrzał na Grubego i zaczął notować. Niewiele go obchodziło, co ma do powiedzenia ten grubas, jednak znał swoje obowiązki. Po niemal godzinie miał pełny obraz sytuacji. Właściwie do tej chwili wyglądało na to, że ma do czynienia ze zwykłym wypadkiem drogowym. Kobieta, kierująca wielkim SUV-em jechała zbyt szybko i chcąc ominąć przechodnia, wpadła w poślizg i wylądowała w kawiarni. Właściwie nic wielkiego, jednak wszystko zależy od tego czy przeżyje delikwent, w którego trafiła kobieta. Gdy dzwonił kilka minut temu do szpitala nadal go operowali. Choć było mu obojętne, co się stanie z ofiarą to miał nadzieję, że przeżyje. Gdyby miał się wybrać na łono Abrahama sprawa wyglądał by inaczej. Nieumyślne zabójstwo to dziesięć razy więcej papierków, prokurator i tak dalej a on chciał już wrócić do domu.
- Młody – Inspektor odezwała się do policjanta – Jedziemy do szpitala. Trzeba sprawdzić, co z ofiarą?
- Tak jest panie Inspektorze. Zaraz znajdę jakiś wolny radiowóz.
***
Lekarz wyglądał na nieprzyzwoicie młodego. Gdyby nie biały kitel, Radzik pomyślałby, że ma do czynienia z licealistą. Słuchał go jednym uchem. Nie interesowały go szczegóły obrażeń. Wszystko to znajdzie w protokole. Chciał tylko wiedzieć czy gość przeżyje. Podniósł otwartą dłoń w geście zniecierpliwienia i przerwał lekarzowi. - Panie doktorze. Chcę tylko wiedzieć czy przeżyje? Jakie ma szanse? – Lekarz, lekko zbity z tropu zaczął się tłumaczyć – Panie Inspektorze, jeszcze za wcześnie wyrokować. Doktor Geszan zrobił, co mógł. Wszystko zależy czy nie będzie powikłań. Pacjent miał dużo szczęścia, że trafił na doktora. Z takim krwiakiem w głowie miał niewielkie szanse. Musi pan wiedzieć, że doktor jest najlepszym specjalistą w Europie od takich rzeczy. Inni pacjenci czekają miesiącami na operację.
Radzik, wiedząc że niewiele więcej się dowie, pożegnał się z młodym lekarze.
- Młody - Inspektor zwrócił się do policjanta – Jutro przyjedziesz do szpitala i sprawdzisz co z pacjentem. Do tej pory proszę nie zawracać mi dupy. Jadę do domu.
***
Cichy alarm odezwał się jak zwykle niespodziewanie. Agnieszka rzuciła krótko do słuchawki telefonu. – Kochanie, muszę kończyć. Chyba mi się jedne ze śpiochów obudził. Pa.
Kilka lat na OIOM, nauczyło ją rozpoznawać fałszywe alarmy. To, co zobaczyła na monitorze pacjenta z czternastki świadczyło o tym, że po dwunastu dniach jego funkcje życiowe wracają do normy i najprawdopodobniej za chwilę odzyska świadomość. Mimo tego, że widziała kilkadziesiąt razy, gdy pacjent odzyskuje przytomność, to zawsze uznawała to za cud. Za dotknięcie bożego palca.
Gdy dotarła do pokoju numer czternaście, odruchowo włączyła światło. Pacjent nie okazywał objawów przebudzenia, ale jego twarz jakby pojaśniała. Po chwili, rozluźnione place prawej ręki zaczęły się poruszać. Jedno oko było zasłonięte bandażami pokrywającymi całą głowę, jednak drugie otworzyło się powoli. Pacjent próbował coś powiedzieć, jednak zdołał tylko poruszyć ustami.
- Niech pan nic nie mówi. Podam panu wodę. Jest pan w szpitalu. Miał pan wypadek. Pamięta Pan? – Agnieszka wypowiadała słowa jak karabin maszynowy. Gdy już zdołał przełknąć kilka łuków wody, odezwała się cichym szorstkim głosem. – Nic nie pamiętam. Siedziałem U Zibiego, piliśmy piwo a potem już nic.
- Wjechał w pana samochód. Dokładnie to wjechał w okno knajpy, w której pan siedział. Proszę teraz odpoczywać a ja zadzwonię po doktora. To cud, że pan żyje. – rzuciła jeszcze na odchodne – gdyby nie doktor Geszan nie miałby pan większych szans.
Gula leżał oszołomiony i zdezorientowany. Nic nie pamiętał z wypadku. Ból głowy był potworny. – Chyba powinienem podziękować gostkowi, że mnie poskładał – pomyślał. Choć nie pamiętał, kiedy ostatni raz użył słowa „dziękuję”?
Po chwili usłyszał łamaną polszczyzną – Cieszyć się, że pan się obudzić – zobaczył nad sobą uśmiechniętą twarz siwego hindusa.
Szklane drzwi
... zamiast życzeń noworocznych
Szklane drzwi. Wielkie, automatyczne szklane drzwi. Granica dwóch światów. Od środka, korporacyjny sznyt. Białe kołnierzyki, wielki świat, faksy, zestawienia, raporty itd. Na zewnątrz, opluty, szary chodnik. Ciągła gonitwa. Bezdomny, żebrzący o dwa złocisze na piwo. Niewidzialna granica pomiędzy życiem a egzystencją. W ten mroźny, grudniowy dzień, ostatni dzień grudnia przekroczył ją tak łatwo, zatopiony w własnych myślach. Marek spojrzał na swój prążkowany, czarny garnitur w odbiciu wielkich szklanych ścian, ewidentnie świadczący o przynależności do świata wewnątrz. Gdy tak stał na smaganej grudniowym wiatrem, brudnej ulicy, dotarło do niego, że ten wspaniały, wewnętrzny świat właśnie odszedł. Jego świat to teraz ten wiatr i to przenikliwe zimno. Należy zapomnieć o służbowym Mondeo i Blackberry. Pozostał tylko kredyt na mieszkanie i kilka innych długów. Ściskał pod pachą jedyną rzecz, która była jego. Sony Vaio, które służyło mu już od dwóch lat, mimo że mógł korzystać ze służbowego sprzętu. Spojrzał na szaro-niebieski wieżowiec, który przez ostatnie dwa lata był kwintesencją jego życia. Poświęcił tej firmie każdą chwilę. Nawet spotkania z przyjaciółmi były niczym innym jak naradami wojennymi „młodych wilków” korporacji. Szukaniem kolejnych, fenomenalnych i oryginalnych pomysłów. Dziś, bez żadnych dodatkowych słów, usłyszał: „Jesteś wolny, jesteś zwolniony … możesz wyjść nawet w tej chwili”. Więc zebrał te kilka drobiazgów ze swojego biurka i wyszedł .
- Tylko, co dalej? – zapytał siebie pod nosem.
Niechciał wracać do swojego mieszkania o dziesiątej rano. Małej klitki, kupionej na kredyt, który będzie spłacał przez najbliższe trzydzieści lat. Oczywiście, jeśli znajdzie inną pracę. Chciał gdzieś ochłonąć. Porozmawiać z kimś, poczuć, że jeszcze istnieje. Tylko, z kim? Cały jego świat został za tymi wielkimi szklanymi drzwiami. Ruszył przed siebie kompletnie nie myśląc, co robi i dokąd idzie? Przez siedemset dni trafiał bez namysłu do Szafy. Lokalu gdzie zwykle wychodzili całą paczką na lunch.
O tej porze Szafa wyglądała całkiem inaczej. W porze obiadowej, gwarna i tłoczna, teraz zdawała się być olbrzymią i pustą. Za długim, dębowym barem stał Zibi, właściciel, przecierając szklanki do piwa. Po wytarciu, każdą sprawdzał pod światło czy nie zostały na nich jakieś zacieki.
- Witaj Zibi – rzucił niepewnie Marek, sadowiąc się na wysokim, barowym stołku.
- Witaj. Co podać? Chyba nie lunch? Na to chyba za wcześnie?
- Nieee. Nalej mi Jack’a z odrobiną coli.
Zibi spojrzał bez słowa na Marka. Nie miał zwyczaju wtrącać się w sprawy klientów. Raczej starał się poczekać aż klient sam zacznie mówić. Tym razem jednak nie wytrzymał.
- Na drinki to chyba też za wcześnie?
Marek nie wytrzymał.
- A na wypierdolenie człowieka na bruk po dwóch latach zapieprzu po piętnaście godzin na dobę pora jest odpowiednia ?
Zibi bez słowa nalał drinka i podał Markowi. Zobaczył przed sobą kupę nieszczęścia w eleganckim garniturze i zrobiło mu się żal człowieka.
- No dobra. Opowiadaj. Nie pierwszy raz będę robiła za spowiednika.
Marek spojrzał na właściciela zaskoczony. Czuł ogromna potrzebę wyrzucenia z siebie tylu żali. Z drugiej strony, Zibi był całkiem obcym facetem, który pewnie nigdy nie pracował w korporacji. Jest człowiekiem, który pewnie nigdy nie słyszał o Public Relation. Czy taki człowiek jest w stanie go zrozumieć? Zrozumieć jego problemy? Jednak zaczął mówić. O tym jak trafił do korporacji. O tym jak polscy managerowie są bezwzględnymi przydupasami zagranicznych szefów. O tym ile poświęcił czasu i energii aby firma zaistniała na rynku. Zibi słuchał i tylko od czasu do czasu przytakiwał lub robił skwaszoną minę. Po czterech drinkach i prawie godzinie słuchania postanowił się odezwać.
- Wiesz. Współczuje Ci. Może to nie na miarę twoje firmy, ale ja też zostałem na lodzie.
Marek w pierwszej chwili nie zwrócił uwagę na słowa Zibiego. Po czterech jack’ach i godzinie monologu, nadal był w świecie swojego nieszczęścia.
- Chciałem zorganizować sylwestra – ciągnął Zibi – Dałem ogłoszenie, przyjmowałem rezerwacje i wszystko wyglądało dobrze. Jednak Kowal. Wiesz, ten co ma klub na Szlacheckiej. Dał niższą cenę i wymyślił kilka dodatkowych atrakcji. Teraz mam pełną chłodnię i trzech klientów na dziś wieczór. Słownie trzech. – zakończył Zibi wyciągając przed nos Marka trzy wyprostowane palce.
- No to witam w klubie – rzucił odruchowo Marek.
W Szafie zapadła ciężka cisza. Atmosfera zgęstniała i przygniotła dwóch przegranych osobników. Marek, nagle wyprostował się na barowym stołku. Mimo kilku drinków, poczuł wyzwanie. I co z tego, że już nie pracuje w korporacji – pomyślał – Robiłem to przez dwa lata. Przecież nie ma straconych sytuacji. Spojrzał na Zibiego spod czarnych brwi.
- Chcesz mieć tu pełny lokal?
Zibi bez słowa kiwnął powoli głową.
- Potrzebuję dostęp do Internetu. Miałeś tu chyba kiedyś WIFI.
- Owszem – niepewnie odparł barman.
- Niczego nie gwarantuję. Daj mi godzinę. Nie chce żadnej kasy. Niech to będzie mój prezent dla Ciebie.
- Ale co można zrobić o dwunastej w południe w sylwestra? – Zibi nie wierzył, że coś jeszcze da się zrobić w tym temacie.
- Daj mi godzinę – tajemniczo odpowiedział Marek, otwierając swojego laptopa. – I dużą kawę. Potrafię pracować po pijaku, ale na trzeźwo idzie lepiej.
* * *
Marek spojrzał jeszcze raz na ekran swego laptopa.
- Zibi, posłuchaj i nie komentuj. Jeśli uznasz, że to niewypał to powiedz.
Barman odłożył ścierkę i podszedł do Marka. Zaintrygowało go to, że jeszcze godzinę temu, naprzeciwko siedział osobnik przypominający zużytą, szmacianą lalkę wyrzuconą na wysypisko życia. Teraz, po drugiej stronie baru widział tykającą bombę.
- Jest tak. – Zaczął Marek – Wszyscy organizują imprezy sylwestrowe w stylu wielkiego party. Dużo muzyki, tańce, szaleństwa i wielkie atrakcje. Przeglądnąłem wszystkie propozycje w całym mieście. Żeby wygrać, trzeba być oryginalnym lub trafić w niszę.
- No i? – Zagaił barman.
- No i … dotarło do mnie, że jest wielu ludzi, którzy nie chcą spędzać tego dnia na szaleństwach. Wolą domowe zacisze, spokój i klimatyczną atmosferę.
- No to Ameryki nie odkryłeś – Sarkastycznie stwierdził Zibi.
- A wyobraź sobie, że jednak odkryłem. To, że ktoś chce spokoju i domowego zacisza, nie znaczy, że nie chce spotkać się z ludźmi. Większość z nas potrzebuje kogoś, z kim mógłby obejść ważne chwile takie jak przywitanie Nowego Roku. Tylko brakuje takich miejsc gdzie nie będzie na takich ludzi czyhać wrzawa i łomot współczesnej muzyki.
- Więc jaki masz pomysł? – Dalej nieprzekonany dopytywał Zibi.
- To proste. Organizujemy „Sylwestra w kapciach”. Każdy może przynieść własną muzykę i obowiązkowo kapcie i szlafrok. Co ty na to? – Dumnie spytał Marek.
- No nie wiem. Ludzie mogą się czuć skrępowani.
- Spokojnie. Zawrzyjmy układ. – Marek zapalił się do pomysłu – Wejdę na Facebook’a i rozpuszczę wici wśród znajomych i znajomych moich znajomych.
- No nie wiem – Zibi dalej był nieprzekonany do pomysłu – Żeby to się opłaciło musiałoby przyjść co najmniej dwadzieścia osób.
- Ok. Zysk z pierwszych dwudziestu osób bierzesz Ty. Jak przyjedzie więcej dzielisz się ze mną pół na pół.
Zibi zadumał się przez chwilę. Właściwie i tak już był stratny. Nawet dziesięć osób pozwoliłoby wyzerować ewentualne straty.
- Zgoda. Bierz się do roboty.
Marek wyciągnął dłoń by potwierdzić umowę.
***
Blady zimowy świt wdzierał się przez małe okna Szafy. Marek ocknął się niemrawo na odgłos zamykanych drzwi. Totalny ból głowy zwiastował kaca giganta. Zibi nie wyglądał dużo lepiej, jednak nadal starał się trzymać fason. Wszedł za bar i otworzyła kasę. Marek spojrzał niepewnie na właściciela Szafy.
- To dla ciebie – z lekki uśmiechem Zibi położył pięć setek na blacie przed Markiem. – I mam nadzieję, że to pierwsza nasza impreza, ale nie ostatnia. Mam też kilku znajomych, którzy chętnie ci zapłacą za niewielką pomoc.
- Dzięki. – rzucił z uśmiechem Marek, chowając pieniądze do wewnętrznej kieszeni garnituru. – Mam tylko nadzieję, że dasz mi się wyspać, bo na dziś mam dość.
- Oczywiście. Zbieraj się.
Marek wyszedł na mroźny poranek Nowego Roku. Naprzeciwko Szafy zobaczył wielkie szklane pudło. Pudło, w którym jeszcze wczoraj był marionetką. Choć wiedział, że nie będzie łatwo, jednak miał w sobie coś, co pozwoli mu przetrwać najbliższe dni. Coś, bez czego trudno cokolwiek stworzyć.
Zmęczony, niewyspany, ale pełny wiary ruszył prze siebie. Z za pleców usłyszał jeszcze głoś Zibiego – Szczęśliwego Nowego Roku.
Takie palce to skarb
Niewielkie obłoczki pary, wydobywające się z ust kilkunastu osób, tworzyły niewielką chmurę nad przystankiem by zaraz zniknąć w mroźnym powietrzu grudnia. Każdy z oczekujących starał się wtulić w niewielką przestrzeń wiaty, uciekając przed podmuchami zimnego wiatru. Gorzki przykląkł, aby poprawić sznurówki nowych, traperskich butów za prawie osiem stów. Jednocześnie dyskretnie lustrował oczekujące osoby. Kilka lat doświadczenia, pozwalało błyskawicznie ocenić potencjał każdego celu. Właśnie zaczynały się żniwa. Okres tuż przed świętami to idealny czas na polowanie. Krzywy i Frajer czekali dwa przystanki dalej. On miał namierzyć i przejąć by błyskawicznie podać fanty Krzywemu. W razie problemu Frajer miał się dać złapać. Był mistrzem świata w udawaniu ostatniej łajzy a jednocześnie jego blond loczki i błazeński uśmiech, już raz wybawiły ich z opałów.
Autobus spóźniał się już ponad 10 minut. Gorzki zdążył zlustrować wszystkich oczekujących i wytypować dwie ofiary. Najbardziej obiecująco wyglądał młoda dziewczyna z rozpiętą torebką, która jeszcze minutę temu rozmawiała przez nowiutkiego iPhona. Gorzki potrzebował kasy. Nie miał ochoty znów spędzać świąt z ojcem i głupkowatym bratem. Obiecał Ance, że na święta i Nowy Rok urwą się do Bukowiny. Zresztą odkąd nie ma matki to święta się nie liczyły. Kiedy po długiej chorobie zmarła dokładnie w wigilię, znienawidził święta i wszystko, co się z tym wiązało. Jego przewodnikami i rodziną stali się Krzywy i Frajer, kumple z ławki przed blokiem. Żyło mu się nieźle. Z regularnych wypadów miał wystarczającą ilość gotówki by nie prosić ojca o kasę na rzeczy, których pragnął. Przez ponad cztery lata, tylko raz wpadli, ale dzięki Frajerowi udało im się ujść bezkarnie.
Z zamyślenia wyrwał go syk otwieranych drzwi autobusu. Niedopalonego peta pstryknął do kosza. Trafił w sam środek z odległości ponad trzech metrów. Kiedyś Krzywy powiedział mu, że takie palce to skarb. Matka tez mu tak mówiła, gdy wygrał pierwszy swój poważny konkurs fortepianowy i chyba miała całkiem coś innego na myśli.
Gorzki, błyskawicznie wszedł w grupkę pasażerów wsiadających do autobusu. Niby przez przypadek starał się znaleźć jak najbliżej dziewczyny z fantem. Niemiłosierny tłok i zapach naftaliny z perfumami uderzył go po nosie. – Dobrze jest. – Pomyślał – Zresztą jak zawsze przed świętami. Bydło myśli tylko o tym, co kupić i tłoczy się, nie zwracając uwagi na swoje rzeczy.
Strategiczna pozycja, bokiem do okna, by było blisko do torebki. Dziewczyna znów wyciągnęła telefon i wykręciła numer z pamięci.
Cholera – pomyślał – jak zacznie gadać, to nici z roboty.
- Witaj mamo, jak się czujesz ? – usłyszał tuż przy swoim uchu, rozmowę dziewczyny. Miała może z piętnaście lat i czuł zapach jej rudych włosów.
- Właśnie jadę – znów odezwała się dziewczyna, miała cichy dźwięczny głos – Może cię jednak wypiszą na święta. I przestań opowiadać, że to ostatnie twoje święta. Nie chce tego słyszeć. Porozmawiamy za chwilę … tak, wiem co mówią lekarze, ale ciocia chorowała dwadzieścia lat temu a od tego czasu wiele się zmieniło. – Dziewczyna ciężko westchnęła i dodała – Niedługo będę, tylko nie płacz.
Telefon wylądował znów w otwartej torebce. Autobus właśnie zatrzymał się na przystanku i wśród wsiadających Gorzki zauważył Krzywego i Frajera. Lekkim skinieniem głowy, dał im znak, że jest gotowy i ma namierzoną pozycję. Manewr miał być prosty. Oni idą w jedną stronę a on w drugą przeciska się do drzwi. Wyjmuje fanty i w chwili minięcia Krzywego, przekazuje. Frajer zostaje przy dziewczynie, jako ewentualny winny. Najważniejsze było zgranie w czasie. Cały „taniec” musiał się odbyć tuż przed kolejnym przystankiem.
Krzywy, mając ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu, ocenił sytuację. Miał do przejścia maksymalnie trzy może cztery metry, co w tym tłoku nie było łatwe, ale do wykonania. Autobus zaczął zwalniać przed kolejnym przystankiem. Krzywy ruszył z dość dużym impetem, który mógł świadczyć, że chce wysiąść i przypomniał sobie o tym w ostatniej chwili. W chwili minięcia Gorzkiego, poczuł niewielki ciężar w kieszeni kurtki. Gorzki przekazał fanty. Wysiadając zauważył jeszcze jak Frajer przystaje obok dziewczyny. Gorzki wysiadł drugimi drzwiami.
Po chwili spotkali się w pobliskiej bramie. Krzywy sięgnął do kieszeni. Gdy zobaczył telefon, zdoła tylko wydusić z siebie trzy słowa.
- Gorzki, ciebie pojebało …
Krzywy wpatrywał się w aparat całkowicie oniemiały. Dopiero po chwili ze zdziwioną miną zaczął mówić.
- Gorzki, przecież to twój telefon.
- Bierz go i spadaj. Nie lubię być niesłowny. Miałem dostarczyć fant to go masz. I nie pytaj, dlaczego? I tak tego nie zrozumiesz.
Obrócił się na pięcie i odszedł, słysząc krzyczącego Krzywego.
- Gorzki. Ty powalony pedale. Po tylu latach mi to robisz? …
Gorzki nie słuchał. Chciał odejść. Wiedział, że nie będzie łatwo, ale przecież takie place to skarb …
Duży zawsze jest winny
mała impresja ziomowa o wienie i przypadku
Jak tak bliżej się poprzyglądać i wyciągnąć wnioski oczywiste, okaże się, że winny jest zawsze silniejszy. Nieważne jak zadziorny będzie mniejszy. Jak bardzo ta „weszka” będzie bojowa, gdy przychodzi do osądu, ten większy jest winien. Tak bardzo mamy to wpisane w nasze zwoje mózgowe, że nawet nie próbujemy się zastanowić nad prawdziwymi przyczynami. Nad tym, kto kogo, kto zaczął itd. Jest tak ze wszystkim, nie tylko z uliczną bójką.
Dziś też, niewiele brakło i winny byłby większy czyli ja a dokładnie mój samochód. Może jednak po kolei. Wracam spokojnie ze spotkania z klientem. Droga śliska, temperatura poniżej zera, więc znając życie staram się mieć oczy dokoła głowy. Widząc na horyzoncie moje rury. Tak rury, punk charakterystyczny dla wszystkich moich gości. Nie ma jak dwie obleśne, grube rury ciepłownicze niemal na podwórku bloku. Gdy już dojeżdżałem do tego socrealizmu w czystej formie, zauważyłem młodą kobietę z wózkiem niedaleko przejścia dla pieszych. Coś mnie tknęło i zahamowałem. A co na to młoda mama? Z kapturem na głowie, wpatrzona w swój telefon namiętnie pisze esemesa, wypychając wózek na przejście dla pieszych.
Gdyby mój anioł stróż zaspał byłbym winny jak cholera. Bo zawsze jest winny większy i silniejszy. Nawet gdy ten mniejszy i słabszy robi takie rzeczy, że w morę dać.
Lemingi i Słoiki
... czyli parapsychologiczny portret społeczny
Dla jasności. SŁOIKI charakteryzują się tym, że żywią się plonami rodziny oczywiście nabywanymi droga kupna przez rodzinę i za rodziny pieniądze. W każdy piątek taszczą pustą torbę do swej korporacji, aby zaraz po pracy pędzić na busa, bo pociąg za drogi. W niedzielny wieczór, dobijają do stolicy lub innego większego miasta a jedyną różnicą jest to, że ich tobołek waży znacznie więcej i pobrzękuje charakterystycznym dźwiękiem szkła. Do tego, część tobołka wypchana jest upranymi i doprasowanymi koszulami, spodniami czy tez innymi spódnicami. Cechą charakterystyczną SŁOIKA w tygodniu jest to, że jeśli nawet wyjdzie na miasto to albo za czyjeś pieniądze (spotkania firmowe itp.) albo za swoje a wtedy pochłania maksymalnie jedno piwo lub „ubogiego” drinka.
SŁOIK z natury swej jest smutny i podenerwowany. Wynika to z tego, że jego pozycja w korporacji zawsze jest niepewna i zagrożona. Jednak wysoki poziom ambicji nigdy nie pozwoli SŁOIKOWI przyznać się do tego jak jest źle i jak bardzo czuje się niedoceniony. Na pytanie „ jak leci?”, odpowiada zwykle: „Z górki …” i zaczyna wywody o tym, jaki on to jest potrzebny i niezbędny korporacji, jak to pnie się coraz wyżej i kiedy zostanie prezesem. SŁOIKI rzadko mieszkają samodzielnie. Zwykle okupują trzydziestometrowe mieszkanka po dwa a nawet trzy osobniki. Rzeszą charakterystyczną jest tez to, że rzadko się łączą w pary. Raczej preferują styl tzw. singla. Jednak większość z nich marzy o tym, że w przyszłości będzie ich stać na druga połówkę. Im starszy SŁOIK tym wyobrażenie „drugiej połowy” jest bardziej wyidealizowane a co za tym idzie, z biegiem czasu szansa na udany związek maleje do zera.
Drugą nacją są LEMINGI. Grupka ta, na pierwszy rzut oka, nie różni się znacznie od SŁOIKÓW. Jednak po bliższym poznaniu różnice są ewidentne. Po pierwsze LEMINGI opanowały inne nisze życiowe. Standardowy LEMING, żyje z partnerem lub partnerką (to kolejna, charakterystyczna cecha LEMINGÓW, brak zahamowań w kwestii homo i hetero) w nowym mieszkanku na peryferiach miasta. W stolicy największe skupiska LEMINGÓW można zaobserwować w Wilanowie, na Tarchominie czy w Ursusie. Średni metraż takiego lokum to jakieś pięćdziesiąt do siedemdziesięciu metrów. Jedną z wielu charakterystycznych cech LEMINGÓW jest tzw. posiadanie rzeczy nie swoich. LEMING posiadam mieszkanie jednak na kredyt, gdzie zwykle wartość kredytu przekracza wartość mieszkania. Często posiada także dobry samochód jednak jest to samochód służbowy. Podobnie ma się sprawa z telefonem itd. Większość LEMINGÓW, podobnie do SŁOIKÓW, wykorzystuje każdą okazję by się najeść i napić na koszt firmy lub innych. Tylko w sytuacji gdy chodzi o honor lub wizerunek, LEMING jest skłonny zapłacić rachunek z własnej kasy. LEMINGI, także udają się do rodziny po zapasy, jednak różnicą jest taka, że to oni odpowiadają za totalne korki w piątek i niedzielę wieczór na wszystkich trasach wylotowych. LEMING, podobnie jak SŁOIK, żyje w ciągłym stresie związanym z możliwością utraty pracy. Jednak w przeciwieństwie do SŁOIKA, dla LEMINGA utrata pracy wieże się z totalną tragedią. W sytuacji gdy SŁOIK posiadając niewiele i nie mając dużych zobowiązań jest w stanie wycofać się na prowincję lub próbować zacząć od nowa, to LEMING bywa zmuszony do upokorzenia. Kredyt, brak samochodu, komórki i niemożność normalnej egzystencji powoduje drastyczne zdarzenia i tragedie.
Są też cechy wspólne obu gatunków. Najważniejszą z nich jest niemal całkowite pozbycie się zasad społecznych. Będąc w sytuacji przymusowej (konieczność posiadania pracy) i jednocześnie posiadając bardzo wąskie kwalifikacje, tak LEMING jak i SŁOIK, zatraca z czasem poczucie własnej godności i wartości. Dla zachowania „stołka” jest w stanie zrobić niemalże wszystko.
Kiedyś usłyszałem teorię na temat, że najgorszym gatunkiem ludzi napływowych jest następujący model: „Ambitny i megaloman, któremu nie wyszło u siebie, bo tam sprawdzano kwalifikacje a przyjeżdżając do miasta, mógł się ukryć w korporacji i po trupach dążyć do celu”. Chyba coś w tym jest . Oczywiście nie dotyczy to wszystkich ludzi „z zewnątrz”, jednak opisane powyżej gatunki stanowią dość dużą cześć populacji wielkich miast.
Zawsze, gdy ktoś mówi o LEMINGACH i SOŁIKACH, przypomina mi się bajeczka Andrzeja Waligórskiego:
Przeniósł się szczur do miasta, rozejrzał się z wolna,
Patrzy - a za nim drepcze mała myszka polna.
Wtedy szczur oburzony rozdarł na nią pyska:
- To straszne, jak ta wiocha do miasta się wciska!
A wszystkim tym, którzy poczuli się dotknięci tym tekstem, polecam inną mądrość tegoż autora:
Chomik, zbierając plony, do swej norki ganiał,
A obok dobry niedźwiedź chomika ochraniał.
Potem zjadł mu te plony, wytarł łapą mordę,
Wydupcył biedne zwierzę i przypiął mu order.
Bardzo do zwidzenia Państwu, bardzo ...

Cały BLOG